Jako uczeń dorabiał w jednym z londyńskich sklepów Tesco, sprzątając podłogi i rozładowując skrzynie z towarem. Jako student politechniki w Manchesterze był w tej sieci na stażu. Gdy blisko dwie dekady później, w 1997 r., został prezesem - kurs akcji zaliczał historyczne doły. Klientów o mniej zasobnym portfelu podbierały niemieckie sieci Aldi i Lidl, bogatszych kupujących przejmował brytyjski konkurent Sainsbury's.

W 2011 r., kiedy sir Terry Leahy odchodził na emeryturę, Tesco było nie tylko piątą spółką handlową świata z obrotem 60,9 mld funtów i zyskiem 2,7 mld funtów. Królowa nadała Leahy'emu szlachectwo, a tytuł wolnego człowieka miasta Liverpool pozwala mu przeprowadzać przez centrum owce bez ryzyka bycia aresztowanym. Ten sam przywilej mają The Beatles.

***

Pochodzi z biednej irlandzkiej rodziny, która uciekając przed głodem i bezrobociem, wyjechała do Anglii. Ojciec był cieślą, trenował psy. Już miał wyruszyć za ocean, ale wygrał trochę pieniędzy na wyścigach. ''Gdyby ten pies przegrał, urodziłbym się Amerykaninem'' - napisał Terry Leahy w książce ''Zarządzanie w 10 słowach''.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej