- Kto z was nie kochał księdza Alberta, niech podniesie rękę - głos mu się łamie, ręce drżą. Nazywa się Ramón Alceda Peralta. Ma 55 lat, jest stolarzem, coraz częściej brakuje mu pracy. W maju dowiedział się, że jego najmłodszego syna molestował ksiądz. Chłopiec chciał się zabić.

Ludzie z Juncalito patrzą na Ramóna, kiwają głowami. Bo w całym Juncalito nie ma chyba nikogo, kto nie kochałby księdza Alberta.

- Nikt nie ufał mu tak jak ja. Przez pięć lat za darmo pracowałem dla parafii jako kierowca - mówi Pedro Thomas Espinal, były burmistrz Juncalito.

- Uwielbialiśmy go - dodaje Roberto Rodriguez, przewodniczący rady miejskiej. - Rodzice zostawiali z nim dzieci, nikomu nie przyszło na myśl, że dzieje się coś złego.

- Dla mnie był jak brat. Ale jeśli naprawdę łamał prawo, nie zamierzam go bronić - dodaje Sergio Rodriguez, diakon, najbliższy współpracownik księdza Wojciecha Gila, którego w Dominikanie nazywano "Alberto".
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej