Listopadowy wieczór. Pada deszcz. Niebo przecinają błyskawice. Do drzwi prawnika pracującego dla jednego z krakowskich wydawnictw stuka tajemnicza czarna postać w kapturze. Niespodziewany gość wchodzi i ściąga kaptur. To wysłannik zakonu jezuitów. Pyta: Co zrobić, by rozmowy z księdzem Stanisławem Musiałem nigdy nie ukazały się drukiem?

Witold Bereś, współautor książki (wraz z Krzysztofem Burnetką), który opowiada mi tę historię, do dziś nie wie, czego jezuici obawiali się w tej publikacji najbardziej. Być może były to wspomnienia srogiego wychowania w seminarium (np. o copiątkowym samobiczowaniu się młodych chłopców na znak pokuty), a może coś zupełnie marginalnego dla czytelnika, ale niezręcznego dla zakonu. Pewne jest, że ks. Stanisław Musiał często bywał niewygodny - nie tylko dla zakonnych zwierzchników. Kilka lat wcześniej prymas Polski kardynał Józef Glemp nazwał go "reprezentantem opcji żydowskiej"...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.