''Opowiem, jak się w nowe kształty przemieniały ciała'' - tak Owidiusz rozpoczął swój najsłynniejszy poemat ''Metamorfozy''. Jego opowieści o niegościnnych mieszkańcach Frygii zamienionych w żaby, o bezbożnym królu Arkadii przeobrażonym w wilka czy o nimfie przemienionej w wawrzyn, które w epoce cesarza Augusta bawiły Rzymian, wróciły - nie przypadkiem - w latach 80. ubiegłego stulecia. Do pisania współczesnych wersji Owidiuszowych opowieści ruszył zastęp pierwszoligowych poetów anglojęzycznych, od Teda Hughesa i Seamusa Heaneya po Kennetha Kocha i Roberta Pinsky'ego, czego owocem była antologia ''Według Owidiusza. Nowe Metamorfozy''. Świat przemian zdawał się tym pisarzom idealnie współbrzmieć z naszą współczesnością. I nic dziwnego.

Niemal w tym samym czasie Salman Rushdie pisał własną księgę przemian, powieść ''Szatańskie wersety'', wiążąc swą wizję świata wiecznych zmian z pytaniem o tożsamość w ponowoczesnej epoce globalizacji i wielokulturowych społeczeństw. Według Rushdiego pytanie o to, kim jestem, skoro żywiołem człowieka jest zmiana, a tożsamość nie jest ani dana, ani trwała, nabrało szczególnego znaczenia w momencie, kiedy dawny kolonialny porządek odszedł w przeszłość, a wraz z nim podziały na centrum i peryferie, cywilizację i świat barbarzyńców, postęp i pierwotność. Dawne państwa o granicach arbitralnie wyznaczonych przez kolonizatorów przestawały istnieć, na ich miejsce powstawały nowe, a mieszkańcy byłych kolonii przyjeżdżali do dawnych kolonialnych mocarstw, by tam - nie bez problemów - znaleźć dom.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej