W sklepach z dewocjonaliami, obwieszonych cukierkowymi obrazkami bóstw, każdy znajdzie coś dla siebie. Jak jedna rodzina ramię w ramię wiszą: Budda, Ganeśa, Durga, Saraswati, Jezus Chrystus, Matka Boska i liczni święci. Do kościołów wschodnim zwyczajem wierni wchodzą boso i siadają na podłodze, choć ławek nie brakuje. Sanktuaria różnych religii sąsiadują przez płot, a wyznająca buddyzm syngaleska większość za patrona kraju uznaje hinduistycznego boga Wisznu.

Wydaje się, że w lankijskim tyglu wszystko się ułożyło, żywioły się dotarły, i czasem trudno uwierzyć, że przez blisko 30 lat toczyła się tu wojna domowa (zakończona w 2009 r. rozbiciem Tamilskich Tygrysów, które dążyły do utworzenia niepodległego państwa Ilam).

***

Najbardziej dotknięta wojną północna część wyspy - matecznik lankijskich Tamilów - po latach izolacji znów jest otwarta, ale nie ma wielu chętnych, by tu przyjechać. Jedynym turystą, na którego wpadamy w hotelu w Dżafnie (ponad 100-tysięczna kulturalna i religijna stolica Tamilów leżąca na półwyspie o tej samej nazwie), jest podróżujący z małą walizeczką Wilfried z Wiesbaden. Opowiada, jak w latach 90. pojechał do Polski, aby zmierzyć się z niemiecką historią. - Very bad history - głos mu się łamie, a oczy zachodzą łzami. Dżafna była podobnym doświadczeniem - podróżą po śladach pozostawionych przez ''złą historię''.
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej