Po ponad trzech godzinach rozmowy wicepremier Jacek Rostowski jest zaniepokojony: czy nie za dużo uwagi poświęciliśmy jego życiu? Nie za mało było o sprawach bieżących? O OFE? Mówił już wprawdzie o tym wiele razy, ale to temat drażliwy i chciałby, żeby wszystko było jasne.

Od jakiegoś czasu jest pod ostrzałem. Przyzwyczaił się już do tego, że prawica przypisuje mu jak najgorsze intencje. Blogerzy i komentatorzy z tej strony prześcigają się w wyliczaniu, kogo wicepremier reprezentuje, na czyich jest usługach - poczynając od zachodnich banków, na masonerii i ''rządzie światowym'' kończąc. W tle zawsze ten sam argument: nie urodził się w Polsce, więc nie może chcieć dla niej dobrze.

Ostatnio jednak w podobną lokalno-ojczyźnianą nutę uderzają koledzy Rostowskiego z PO i ekonomiści. W nieoficjalnych rozmowach przekonują, że narobi bałaganu w finansach, zniszczy OFE i da nogę za granicę - do Brukseli (gdzie według ''pewnych źródeł'' ma już zagwarantowaną wysoką funkcję) albo do Londynu (tam ma dom, rodzinę). To nie on zapłaci polityczną cenę za swoje decyzje w resorcie. Nie jego dotkną one finansowo - przecież emeryturę będzie miał brytyjską. Tu nic go nie trzyma.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej