Wielka sala bankietowa eleganckiego hotelu w Warszawie: stoły przykryte jasnymi obrusami, za plecami błyszczą stalowo naczynia bufetu. Ludzie raczej starsi lub bardzo młodzi. Kilka jarmułek na męskich głowach. Języki: od afrykanerskiego przez angielski do polskiego. Hałas - jak zawsze, gdy wypełniona sala trwa w oczekiwaniu, które nieco się przedłuża, gdyż podobne spotkania nigdy nie zaczynają się punktualnie.

Tylko do bufetu nikt się nie rwie.

I nagle cisza jak makiem zasiał.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej