Pisać o antypolskiej akcji Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu z 1943 r., to jak trzymać gorące żelazo. Ogromny ból i poparzenia do kości.

Z upływem lat emocje zdają się nie opadać, lecz narastać. Dla środowisk prawicowych w Polsce antypolska czystka to ''przemilczane w PRL i III RP ludobójstwo''. A przecież od lat 80. wydano setki książek, zorganizowano dziesiątki konferencji naukowych, powstały filmy dokumentalne, wzniesiono pomniki, dziesięć lat temu parlamenty Polski i Ukrainy przyjęły wspólną uchwałę. W przełamywanie historycznych zaszłości wiele wysiłku włożyli prezydenci obydwu państw, a do pojednania i przebaczenia w specjalnym oświadczeniu wezwały episkopaty Kościoła katolickiego w Polsce i Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego.

Niestety, wygląda na to, że zamiast pojednania będziemy mieć kolejne spory w cieniu krzywdy. Znowu usłyszymy, jak Polacy o Ukraińcach będą mówili, że to ''rezuni i nieuleczalni nacjonaliści, których mordercze instynkty ktoś obcy musi trzymać na wodzy'', a Ukraińcy o Polakach: ''Imperialiści i kolonizatorzy, którzy rozumieją jedynie język siły. Zjednoczą się z każdym, żeby nas mordować''. Żeby tego uniknąć, trzeba dowiedzieć się, co się właściwie stało na Wołyniu.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej