Michael W. Beckley Eli Rubenstein: Równo sto lat temu wyjechał z Polski do Kanady mój dziadek. Mieszkał w Tarłowie nieopodal Opatowa. Pojechałem tam, gdy pierwszy raz byłem w Polsce. Odnalazłem dawną synagogę, gdzie modliła się moja rodzina - mury bez dachu, w środku rosło drzewo. Akurat wiał wiatr, więc drzewo kiwało się jak religijny Żyd zanoszący prośby do Boga. Nie masz pojęcia, jakie to uczucie: drzewo prosi Pana niczym chasyd, spiera się z Bogiem, chwali Go. Przyroda zachowała w sobie obyczaje mojego dziadka.

Paweł Smoleński: Wzruszyłeś się.

- Bo wyglądało to jak dziejąca się na moich oczach chasydzka przypowieść. Poczułem obecność nieobecnego. Ale też smutno mi było, bardzo smutno, bo doświadczyłem pustki. Nic nie zostało z żydowskiego miasteczka mojego dziadka prócz murów synagogi, miejsca po cmentarzu - nawet nie umiałem go znaleźć - i tego drzewa, które urosło już po Zagładzie.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej