Z ulicy jej nie widać, ale wjeżdżając windą na drugie piętro budynku wciśniętego między domy w dzielnicy handlowej Tajpej, ląduję przed drzwiami z napisem "Rodzinna Świątynia Li". Cztery piętra zajmują biura świątyni, jej archiwa i ołtarze zastawione pozłacanymi postaciami oraz stelami.

Wielkie europejskie rody pysznią się drzewami genealogicznymi, które niekiedy sięgają czasów krucjat. Ród Li liczy sobie 2500 lat - 80 pokoleń. Jego protoplastą był mędrzec Laozi, czyli Li Er, współczesny antycznego Solona. Bycie ogniwem takiego rodu daje moc.

Jesienią i wiosną rada świątyni odprawia główne obrzędy na cześć założycieli rodu. Ale modlitwy trwają cały rok. Każdy Li, z Tajwanu, Chin czy Australii (rodowe drzewo ma setki bocznych gałęzi), może tu przyjść, odnaleźć przodków, porozmawiać, złożyć ofiarę. Co myślą o tym młodzi? - Przyjdą tu z czasem, by odnaleźć spokój serca - mówi pan Li w eleganckim garniturze, członek rady świątyni.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej