Łóżka są piętrowe albo wysuwane. Szafy pojemne, po sufit. Mieszkanie czteropokojowe, w bloku w Kłodzku. Na drzwiach nalepka: "Trwajcie mocni w wierze".

Dzień zaczyna się o siódmej - Katarzyna Matys robi śniadanie i szykuje kanapki do szkoły dla siedmiorga dzieci: dwojga biologicznych i pięciorga przyjętych do rodziny zastępczej. One idą do podstawówki, gimnazjum i technikum. Ona sprząta, prasuje, gotuje obiad. Tygodniowo wychodzi ponad 20 bochenków chleba i 15 kilo ziemniaków. Musi być nabiał, czasem mięso. - Bo niektóre dzieci są deficytowe, mają słabe kości i się łamią - tłumaczy Katarzyna.

Nie mają dużego stołu, więc jedzą po kolei przy małym. Nie stać ich także na zmywarkę. Pralka pierze codziennie. Ostatnio się zepsuła i Katarzyna szorowała dziecięce dżinsy mydłem. - Załamałam się i w końcu wzięłam nową pralkę na raty - tłumaczy.

Po południu...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.