Tuńcio, Tupeczek, mój Tatuńcio. Ale nazywałam go też Tupek, Tusiek albo Tunieczek, a wyjątkowo - nawet i Tato. Szczupła sylwetka, wiecznie zamyślony - może i jakoś zatroskany? Wąska, trójkątna twarz, skłębione, krzaczaste brwi, dodające mu niezwykłej powagi i pozorów surowości. Surowy? Mój dowcipny Tupeczek, wciąż rozchichotany jakimś wewnętrznym bulgotem śmiechu? Ależ skąd! Chociaż to prawda: wciąż rozwiązywał skomplikowane problemy matematyczne, co nadawało jego twarzy wyraz jakiejś lodowatej akuratności.

Po co ci to, Bronka?

Podobno wcale mnie nie chciał. Nie ucieszył się, gdy we Lwowie, jako młody naukowiec mający już na utrzymaniu żonę i córeczkę, dowiedział się, że znów będzie ojcem: - Po co ci to, Bronka? Po co ci ten baniak? Przecież mieszkamy w tak ciężkich warunkach, nie zarabiam dosyć, czasy są niepewne, nie wiadomo, czy jakaś wojna z tego nie wyniknie... Uparłaś się na tego syna, przecież mamy już Basię. Po co ci chłopak. No tak, był 1939 rok.

Mama chciała syna? No to wzięłam i się urodziłam. A Mama znalazła wkrótce sposób, by przekonać męża do córeczki. Wraz z nianią Stefą pchnęła wózek pod drzwi gabinetu ojca. Potem czekały, ukryte za framugą.

- Bronka, dziecko płacze! Stefa, zrób coś! Zajmijcie się tym! - wołał.

Ale "to" wyło dalej, więc po raz pierwszy wziął mnie na ręce - i przytulił.

Wtedy wybuchła nasza olbrzymia miłość!

Zajmował się mną szaleńczo: robił mi kanapki, gotował, zabierał na długie spacery. To dzięki niemu w wieku trzech lat umiałam czytać. Mimo że był wyjątkowo małomówny, rozwiązywał moje wszystkie drobne problemy i uczył życia. Na ogół nie dawał gotowych odpowiedzi. Powtarzał tylko z zadumą moje pytania, prowokując do samodzielnego szukania odpowiedzi. Czasem odpowiadał pytaniem na pytanie.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej