Tuńcio, Tupeczek, mój Tatuńcio. Ale nazywałam go też Tupek, Tusiek albo Tunieczek, a wyjątkowo - nawet i Tato. Szczupła sylwetka, wiecznie zamyślony - może i jakoś zatroskany? Wąska, trójkątna twarz, skłębione, krzaczaste brwi, dodające mu niezwykłej powagi i pozorów surowości. Surowy? Mój dowcipny Tupeczek, wciąż rozchichotany jakimś wewnętrznym bulgotem śmiechu? Ależ skąd! Chociaż to prawda: wciąż rozwiązywał skomplikowane problemy matematyczne, co nadawało jego twarzy wyraz jakiejś lodowatej akuratności.

Po co ci to, Bronka?

Podobno wcale mnie nie chciał. Nie ucieszył się, gdy we Lwowie, jako młody naukowiec mający już na utrzymaniu żonę i córeczkę, dowiedział się, że znów będzie ojcem: - Po co ci to, Bronka? Po co ci ten baniak? Przecież mieszkamy w tak ciężkich warunkach, nie zarabiam dosyć, czasy są niepewne, nie...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.