archiwum rodzinne

Wyskoczył.

No, nie upilnowałem. Przemknął obok mnie i wyskoczył. Na łeb, na szyję. Czwarte piętro.

Ta sprawa długo ciągnęła się za porucznikiem Bronisławem Klejnem, śledczym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Był styczeń 1949 r., Stalin swym potężnym wzrokiem widzi z Moskwy wszystko. Klejn w Warszawie rozprawiał się z wrogami komunizmu.

Tego chłopaka przyprowadzili na przesłuchanie. Obaj mieli po 25 lat. Śledczy po trzech klasach zawodówki kontra student architektury. Nie byle kim był ten student: profesorski syn, siostrzeniec sanacyjnego generała Władysława Bortnowskiego, legenda Powstania Warszawskiego. I wyskoczył. Nagle. Zupełnie nie wiadomo dlaczego.

Straszna sytuacja dla oficera MBP. Wyskoczył - czyli wymknął się komunistycznej sprawiedliwości. Znaczy się - nie zdążyliśmy z niego wycisnąć wszystkiego, co mógł powiedzieć o spiskach przeciwko władzy ludowej. Znaczy - nie mogliśmy go postawić przed naszym sądem i przykładnie ukarać.

Klejna wysłali wtedy na miesięczny urlop.

Minie pół wieku i PRL upadnie. Zacznie się grzebanie w przeszłości. Prokurator wezwie na przesłuchanie w sprawie tamtej śmierci. Będzie rok 1992, na ścianie - godło państwowe, orzeł w koronie. Klejn będzie miał 70 lat i pragnienie spokoju, który należy się staremu człowiekowi. Powie, oczywiście że powie prokuratorowi, jak było.

''Ktoś z Wydziału w godzinach południowych przyprowadził do mojego pokoju Jana Rodowicza i polecił mi przesłuchać go. Siedziałem przed biurkiem przy oknie zakratowanym, a Rodowicz bliżej drzwi. W trakcie rozmowy albo przesłuchania, które trwało ok. 20 minut, polecono mi, ale nie pamiętam kto, abym doprowadził Jana Rodowicza do gabinetu Wiktora Herera. Gabinet naczelnika znajdował się po przeciwnej stronie korytarza. Okna z gabinetu wychodziły na Aleje Ujazdowskie. Doprowadziłem Rodowicza do sekretariatu. Kiedy otworzyłem drzwi, powiedziano mi: Jeszcze chwileczkę, przejdź do następnego pokoju, drzwi są otwarte i nikogo w pokoju nie ma. Otworzyłem drzwi i wszedłem pierwszy do pokoju. Jan Rodowicz wszedł za mną i biegiem wskoczył na parapet otwartego okna i wyskoczył. Nie mogłem go zatrzymać, przeleciał koło mnie jak wicher. Okno było dwuskrzydłowe, otwarte na oścież. Do okna nie podchodziłem, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że na pewno poniósł śmierć''.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej