Rys. Jan Kalwejt

Zebranie w szkole mojego syna ciągnęło się już drugą godzinę.

- Czy jedzenie w stołówce jest ekologiczne? - zapytała jakaś mama. - Które surowce są atestowane?

Szefowa fundacji prowadzącej kuchnię cierpliwie tłumaczyła auli wypełnionej rodzicami z podwarszawskiej klasy średniej: tak, kurczaki są atestowane. Są z wolnego wybiegu. Wszystkie surowce ekologiczne.

- Wyobraźmy sobie, że moje dziecko rozchoruje się rano i nie zje obiadu. Mam wtedy za niego płacić 13,50? - oburza się jakiś ojciec.

Przez dłuższą chwilę trwa surrealistyczna kłótnia o pieniądze. Surrealistyczna, bo większość rodziców parkowała przed szkołą samochodami, na które musiałbym pracować wiele lat, i prawdopodobnie bez zastanowienia wydałaby 13,50 na duże latte.

Słuchałem tego wszystkiego, bo po długim namyśle złamałem się i wysłałem mojego syna do szkoły społecznej. Prawdopodobnie mnie na nią nie stać.

Czesne wynosi 1200 zł miesięcznie plus 300 zł za obiady, nie licząc płatnych kółek zainteresowań. To bardzo duża część mojego budżetu. Nie, jako dziennikarz nie zarabiam tyle, żeby sobie na to pozwolić.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej