Rys. Jan Kalwejt

Zebranie w szkole mojego syna ciągnęło się już drugą godzinę.

- Czy jedzenie w stołówce jest ekologiczne? - zapytała jakaś mama. - Które surowce są atestowane?

Szefowa fundacji prowadzącej kuchnię cierpliwie tłumaczyła auli wypełnionej rodzicami z podwarszawskiej klasy średniej: tak, kurczaki są atestowane. Są z wolnego wybiegu. Wszystkie surowce ekologiczne.

- Wyobraźmy sobie, że moje dziecko rozchoruje się rano i nie zje obiadu. Mam wtedy za niego płacić 13,50? - oburza się jakiś ojciec.

Przez dłuższą chwilę trwa surrealistyczna kłótnia o pieniądze. Surrealistyczna, bo większość rodziców parkowała przed szkołą samochodami, na które musiałbym pracować wiele lat, i prawdopodobnie bez zastanowienia wydałaby 13,50 na duże latte.

Słuchałem tego wszystkiego, bo po długim namyśle złamałem się i wysłałem mojego syna do szkoły społecznej. Prawdopodobnie mnie na nią nie stać.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej