Już w tej chwili na prowincji brakuje ok. 30 tys. lekarzy. Powodem są idiotyczne przepisy. Po stażu lekarz nie może zrobić specjalizacji w dowolnym szpitalu, ale tylko w ośrodku akredytowanym, a te są zwykle w dużych miastach. Specjalizacja trwa średnio sześć lat - lekarz, który ją kończy, jest już po trzydziestce. Najczęściej założył już rodzinę i się urządził. Ilu z nich wróci na wieś?
Dobrym rozwiązaniem byłoby, gdybym mógł zatrudnić w przychodni kilku specjalistów ze szpitali powiatowych, np. na dwa dni w tygodniu. Ale nie mogę. NFZ nakazuje lekarzom pracę w danym miejscu codziennie, by uniknąć sytuacji, że ktoś pracuje w dwóch miejscach naraz. Na litość boską! - mamy XXI wiek - można by inaczej monitorować zatrudnienie, a nie poprzez zakazy.
Poza tym po co mi lekarz codziennie od 8 do 18, jeżeli ja mam tylko tylu pacjentów, że wystarczy ich przyjmować przez trzy godziny dziennie? W efekcie kolejne ośrodki są na prowincji zamykane. Niektórzy mieszkańcy muszą wyjeżdżać w daleką podróż do kardiologa. Czasami zastanawiam się, czy to nie jest celowe działanie - zmuszać ludzi, by przyjeżdżali leczyć się do ośrodków akademickich w miastach.
Lekarze odpływają nie tylko do klinik czy na Wyspy. Wielu z nich odchodzi do pracy w prywatnych przychodniach. Tak napędza się błędne koło. Bo jeśli pacjent nie ma szansy na wizytę w ramach NFZ, pójdzie do lekarza prywatnie. I słono przepłaci. Za badanie EKG zapłaci prywatnie 50 zł, choć jego realny koszt wynosi... 5 zł.
Jeśli te przepisy się nie zmienią, wkrótce czeka nas klęska humanitarna.