Pan doktor w prywatnej przychodni, gdzie mam firmowy abonament, nie umie odpowiedzieć na pytanie, jak przygotować się do ciąży. Czytam więc porady w kobiecych pismach i internecie, szczepię się na żółtaczkę, robię test na HIV, leczę zęby, łykam kwas foliowy i witaminy.
Rok 2006: Nadal nie jestem w ciąży. Ginekolog z tej samej przychodni ordynuje na oślep końskie dawki leku na pobudzenie owulacji. Jajniki bolą jak diabli, ciąży nie ma. Trafiam do poradni leczenia niepłodności w renomowanym warszawskim szpitalu, nazwijmy go X.
Doktor Iksińska na pierwszej wizycie straszy mnie in vitro. Doktor Iksowski warczy, bym szybciej rozbierała się do USG jajników w gabinecie, gdzie akurat sześć pielęgniarek ustala sobie grafik. Krzyczę z bólu podczas zabiegu, któremu przyglądają się stażyści i który - jak się później dowiaduję - powinno się robić w znieczuleniu. Doktor Iksowicz decyduje o inseminacji, teraz, zaraz. Spanikowana, ale posłuszna, ściągam męża z pracy. Dzielnie oddaje nasienie w obskurnej toalecie. Jego plemniki zostają (jak się potem okazuje) przypadkowo zamordowane w laboratorium. Wychodzimy upokorzeni i wstrząśnięci diagnozą całkowitej bezpłodności męża, która okazuje się potem błędem laboranta. Zmieniamy szpital.
Idziemy do drugiego renomowanego szpitala, nazwijmy go Y. Jest lepiej, badanie USG monitorujące owulację jest rano, wizyta u lekarza zaraz potem, nie trzeba zwalniać się z pracy na cały dzień jak w szpitalu X, gdzie lekarz przyjmuje dopiero w południe, o ile się nie spóźni.
Ale doktor Ygrekowicz wykonujący dopochwowe USG warczy, bo nie przyniosłam ze sobą prezerwatywy, którą nakłada się na wziernik. Jak ma lepszy humor, dowcipkuje, że sam by nas wszystkie pozapładniał szybciej niż mężowie. Aparat USG psuje się co trzeci miesiąc i wtedy trzeba czekać kilka tygodni do kolejnej owulacji.
Mija ponad pół roku, a ja na okrągło siedzę na tłocznym korytarzu przed gabinetem. Wymieniamy z zaprzyjaźnionymi już paniami informacje o śluzie, plemnikach i cenach w prywatnych gabinetach.
Orientuję się, że jestem szczęściarą - mam blisko i nie muszę jak Zosia wstawać o piątej rano na pociąg, żeby zdążyć do szpitala, gdzie znów się dowiem, że pana doktora nie ma. I nie muszę jak Krysia bać się szefa, który krzywo patrzy na zwalnianie się z pracy. Nie muszę jak Jola zapożyczać się u znajomych, żeby zapłacić 400 zł za kolejną inseminację. Albo tak jak Iwona przekonywać opornego męża, który nie chce masturbować się w szpitalnej toalecie.
Ale, choć tak uprzywilejowani, i tak czujemy się z mężem jak króliki doświadczalne - liczymy płodne dni, uprawiamy seks na komendę, staramy się nie obwiniać. Przedzieramy się przez gąszcz medycznej terminologii. Żadnych broszurek nikt nie proponuje, a pytania o książki traktowane są jak zamach na Świętą Kompetencję.
Decydujemy się na inseminację, jedną, drugą. Pierwszy zabieg jest bolesny i upokarzający, żaden cud poczęcia, czuję się jak zwierzę hodowlane. Muszę zostać parę minut na fotelu ginekologicznym. Doktor Ygrekowski wychodzi sobie, zostawiając mnie gołą w otwartym gabinecie.
Inseminacja nie daje efektu. Mam dość. Dojście do diagnozy "niepłodność idiopatyczna" - czyli z niewiadomych przyczyn - zajęło w sumie siedmiu lekarzom prawie dwa lata.
Początek 2008. Zachodzę w ciążę naturalnie. Wielka radość, po kilku tygodniach diagnoza: puste jajo płodowe. "Nic z tego nie będzie" - oznajmia pogodnie doktor w prywatnej przychodni. Jesteśmy zdruzgotani. Nikt mi nie wyjaśnia, jak wygląda łyżeczkowanie macicy, a pobyt na oddziale patologii ciąży szpitala Y to osobny temat.
Jesień 2008: Decydujemy się na wizytę w renomowanej prywatnej klinice leczenia niepłodności, nazwijmy ją Z. Czysto, ślicznie, estetycznie, drogo, ale mówi się trudno. Miła pani doktor Zetowska wylewa z siebie potok marketingowej nowomowy. Wynika z niej jasno, że in vitro w klinice Z jest najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić. Ponieważ jednak nie palimy się do tej procedury, proponuje różne badania. Wyniki są złe.
Doktor Zetowska proponuje kolejne, ale, niestety, nie proponuje pomocy psychologicznej, choć prawie płaczę w gabinecie. Mam depresję i nie nadaję się do dalszej walki na froncie prokreacyjnym. Idę do psychiatry, oczywiście prywatnie.
Rok 2009: Wróciłam do równowagi. Straciłam prawie cztery lata, a "zegar tyka, droga pani, i warto by załatwić tę sprawę" - jak powiedział doktor Q. Na razie hodujemy koty.