Rozmowa z Tomirą Chmielewską-Ignatowicz, badaczką komunikacji między lekarzami a pacjentami
Dorota Frontczak: Pisze pani doktorat o komunikacji lekarzy z pacjentami i... o serialach medycznych. Pomysł zaskakujący.
Tomira Ignatowicz*: Pracuję od kilku lat w niepublicznych przychodniach jako HR-owiec i marketingowiec. Mam bliski kontakt z lekarzami i pacjentami. Słyszałam nieraz, jak lekarz tłumaczył pacjentowi: to nie jest Leśna Góra. To mnie tknęło... Emitowanych jest coraz więcej seriali medycznych - a oglądają je zarówno pacjenci, jak i lekarze - dlatego ciekawa byłam, jak oglądanie takich seriali wpływa na kontakt między realnymi lekarzami i pacjentami, czy zmienia postrzeganie ich ról.
Lekarze też śledzą ''Chirurgów'', czy ''Dr. House'a''?
- Tak, choć na pewno nie wszyscy. Z braku czasu. Polscy lekarze pracują często w kilku miejscach.
Pamiętam serial ''w Labiryncie'' w latach 90. Znajoma farmaceutka mówiła, że nie może go oglądać, bo szlag ją trafia, jakie są tam bzdury dotyczące pracy farmaceutów. Czy lekarzy też denerwują merytoryczne nieścisłości w serialach medycznych?
- Tak. Szczególnie krytykują postać dr. House'a. Mówią: człowiek z takim stylem bycia nie mógłby pracować w polskim szpitalu. Zresztą zleca tyle badań, że zrujnowałby szpital. Z drugiej strony który lekarz nie chciałby jak Sokrates przechadzać się po korytarzach w asyście ludzi skłonnych wykonać każde zlecone zadanie. Weźmy też nasz hit - "Na dobre i na złe". I na ten serialowy obrazek realni polscy lekarze dostają "wysypki". Nie jest tak, że kilku lekarzy pochyla się nad jednym pacjentem, odbywa długie konsultacje, a obsługa pacjenta-klienta jest priorytetem nr 1. No niestety.
Dużym zainteresowaniem wśród lekarzy cieszył się "Ostry dyżur". Jak się okazuje - najwierniej oddaje pracę lekarzy. Jest izba przyjęć i totalny młyn - jak np. w Instytucie Onkologii, w którym lekarz potrafi przyjąć nawet 30 pacjentów dziennie.
Po co lekarze oglądają te seriale?
- Oczywiście dla rozrywki. Ale przy okazji porównują warunki pracy u nas i w innych krajach, zwłaszcza w USA, śledzą przypadki chorobowe. Moje badania wykazują także, że interesuje ich wątek komunikacji z pacjentem, zwłaszcza trudnym, roszczeniowym lub takim, któremu trzeba przekazać niepomyślną diagnozę. Jest to zagadnienie pod ostrzałem mediów, bo nie jest niestety z tym dobrze. Lekarzom często brak proklienckiego podejścia do pacjenta, co podkreślają pacjenci.
W sferze komunikacji istnieje ogromny deficyt edukacyjny. Lekarz musi się nauczyć tego sam. Więc podgląda to w serialach.
Rozumiem, że oglądając serial, lekarz szczególnie zwraca uwagę na sceny, w których lekarz przekazuje złą diagnozę?
- Z moich badań wynika, że tak. Dotyczy to szczególnie tych, którzy stykają się np. z pacjentami onkologicznymi. Trudno tu mówić o edukacyjnym wymiarze seriali, bo to jednak przede wszystkim rozrywka, ale pomimo że lekarze krytykują wiele scen, to one w nich zostają i dają im do myślenia.
Lekarze, których badałam, oglądali trzy przygotowane przeze mnie scenki serialowe związane ze sposobami przekazywania pacjentowi niepomyślnej diagnozy. Jedną z "Dr. House'a", gdzie pacjentka przyszła z kaszlem i w ciągu odcinka okazuje się, że ma nowotwór płuc. Jedna z lekarek podchodzi do tego bardzo emocjonalnie - wypiera diagnozę, dopytuje o wyniki, bardzo tę chorobę pacjentki przeżywa. Druga scenka z "Chirurgów": lekarz przekazuje brutalnie informację: "Ma pan raka". I trzecia z "Ostrego dyżuru", gdzie lekarz informuje pacjentkę o raku szyjki macicy - zaprasza ją do osobnego pokoju, dba, by nikt nie przeszkadzał, dużo komunikuje pacjentce milczeniem, gestami. Trzy różne podejścia.
Scenki oglądali najpierw lekarze, potem pacjenci. Można by sądzić, że pacjenci chcą, by ich lekarze zachowywali się jak lekarka z dr. House'a. Ale nie, okazuje się, że pacjenci nie oczekują takiego zaangażowania. Chcą jasnych wytycznych, co mają robić. I chcą współdecydować, chcą, żeby lekarz opowiedział im uczciwie: ma pani do wyboru to i to.
Jak lekarze postrzegają swoich pacjentów w porównaniu z serialowymi?
- Lekarze, którzy oglądają regularnie seriale, zwykle myślą, że ich pacjent będzie bardziej wymagający, roszczeniowy, niż to się potem okazuje w rzeczywistości. Wbrew pozorom my, pacjenci, znosimy złą diagnozę lepiej niż pacjenci serialowi.
Może znosimy ją "lepiej" ze strachu. Po prostu siedzimy cicho, a wewnątrz świat nam się wali.
- To prawdopodobne. Pacjenci onkologiczni, których badałam, gdy swoją sytuację porównywali z sytuacjami z serialu, ocenili odwrotnie - że znieśli diagnozę gorzej. Każdy z nich uważa, że lekarz powinien przekuć silne emocje pacjenta w działanie - opowiedzieć, co się będzie działo krok po kroku. Pacjenci liczą na to, że skoro lekarz ma doświadczenie, to zajmie się pacjentem - wytłumaczy, jak pacjent może się podczas leczenia czuć, z czym mieć dyskomfort i zapewni, że to naturalne. Tymczasem pacjenci twierdzą, że z usłyszaną diagnozą zostają sami - suche komunikaty i ewentualnie skierowanie na badanie czy do szpitala. Dlatego pacjenci rzadko wracają do lekarza, który przekazał im złą diagnozę.
Na tle lekarzy serialowych - no może wyłączając House'a - nasi lekarze wypadają blado?
- Niestety tak. Pacjenci uważają, że lekarze filmowi są bardziej empatyczni, inteligentni i na pewno lepiej się komunikują z pacjentami. Ten kłopot z komunikacją dobrze ilustruje porównanie jednej z badanych przeze mnie pacjentek: wizyta u lekarza to jak wizyta kobiety w serwisie samochodowym. Albo słyszy: "Co będę pani tłumaczył? Się zrobi!". Albo mechanik zaczyna tłumaczyć jej budowę gaźnika. Taka zła komunikacja lekarza z pacjentem to główny powód, dla którego pacjenci szukają informacji o chorobach w internecie.
Czy i pacjenci uczą się z seriali?
- Na pewno zyskują na asertywności. Ponad połowa badanych lekarzy mówiła mi, że wzburzeni pacjenci odwołują się często do "House'a" lub "Na dobre i na złe". Zdarzają im się śmiałe porównania z House'em - jego gburowatością i mechanicznym podejściem do pacjenta.
Seriale medyczne są dziś bardzo popularne. Skąd ten fenomen?
- Stąd, że ich tematyka interesuje każdego - mamy swoje dolegliwości, zewsząd zachęcani jesteśmy do badań profilaktycznych i nasza medyczna świadomość wzrasta. Dostęp do niepublicznej służby zdrowia, powszechność badań profilaktycznych w ramach abonamentowych programów zdrowotnych powodują, że np. USG i cytologię wielu z nas robi co roku - kontakt z medycyną stał się czymś codziennym. Zresztą zdrowie stanowi dla nas ogromną wartość. Boimy się choroby i śmierci. Seriale medyczne pozwalają ten lęk nieco oswoić.
Druga rzecz: lekarz to zawód z prestiżem. To ktoś, do kogo idziemy po pomoc. To duży dyskomfort, gdy musimy to, co najważniejsze, oddać w ręce osób nam nieznanych. Seriale pozwalają nam podejrzeć, jacy to ludzie.
* Tomira Chmielewska-Ignatowicz jest doktorantką na Wydziale Kulturoznawstwa w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Od wielu lat pracuje jako menedżer ds. HR, PR i marketingu w niepublicznej służbie zdrowia