Za stary na leczenie?

Judyta Watoła
2011-06-14, ostatnia aktualizacja 2011-06-14 13:37

Dziesięć czy piętnaście lat temu także kardiochirurgom nie przyszłoby do głowy operować osiemdziesięciolatka, o stulatku nie wspominając. Dziś to możliwe

Portugalscy lekarze domagają się surowych kar dla pacjentów
Fot. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta
Portugalscy lekarze domagają się surowych kar dla pacjentów
ZOBACZ TAKŻE
Maria Olszowska z Wrocławia jest najstarszą w Polsce pacjentką, która przeszła operację wszczepienia by-passów. Zabieg przeprowadzono jesienią zeszłego roku w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Rozmawialiśmy z nią kilka dni później, a uśmiech nie schodził z jej twarzy. Chętnie opowiadała o młodości na Ukrainie, jak uciekała przed bandami, cierpiała głód: - Niczego nie żałuję. Majątku i tak człowiek na tamten świat nie zabierze.

Operacji też się nie bała: - W moim wieku człowiek godzi się ze wszystkim. Nawet jakby się ta operacja nie powiodła, to przecież kiedyś trzeba umrzeć, od tego nikt nie ucieknie, więc co w tym strasznego?

Metody mało inwazyjne

Paradoksalnie właśnie to "obojętne" podejście pani Marii pomogło lekarzom w decyzji o przeprowadzeniu zabiegu. Mniejszy stres u pacjenta oznacza, że szybciej będzie odzyskiwał siły. Największe znaczenie ma jednak to, że medycyna rzeczywiście "tak poszła do przodu". Dziesięć lat temu pani Maria usłyszała, że nawet na balonikowanie jest już za stara. Miała 93 lata.

Balonikowanie to mechaniczne poszerzenie zatkanych tętnic wieńcowych. Takich zabiegów wykonywano wówczas kilkanaście razy mniej niż dzisiaj i prawie nigdy u starszych ludzi. - Obecne badania potwierdzają, że także ludziom w podeszłym wieku można dzięki takim procedurom przedłużyć życie. Wtedy jednak panowało przekonanie, że raczej im zaszkodzą - mówi prof. Tomasz Grodzicki, krajowy konsultant w dziedzinie geriatrii.

Dziesięć czy piętnaście lat temu także kardiochirurgom nie przyszłoby do głowy operować osiemdziesięciolatka, o stulatku nie wspominając. Od tego czasu rozwinęły się jednak tzw. metody mało inwazyjne, dzięki którym starsi ludzie dostali szansę chirurgicznego leczenia serca. Pozwalają bez otwierania klatki piersiowej, nacinania mostka i długotrwałej rehabilitacji "załatać dziurę" w sercu, czyli ubytek w przegrodzie między przedsionkami lub prawą i lewą komorą, jaki powstał po zawale. Można naprawić albo nawet wymienić chorą zastawkę.

Pani Maria jest przykładem tego postępu. Gdyby miała mieć standardową operację wszczepiania by-passów, lekarze pewnie by się na nią nie zdecydowali. Wielka rana w klatce piersiowej mogłaby się już nie zagoić. Dziś można jednak wszczepiać by-passy bez rozcinania mostka. Wystarczy małe nacięcie między żebrami. Właśnie dlatego kardiochirurdzy wzięli stulatkę "na stół".

Brakuje standardów leczenia staruszków

Nowoczesne metody, choć pomocne nie są sposobem na wszystkie trudności, przed jakimi stają lekarze. - Nasz kłopot polega na tym, że w kardiologii, podobnie jak w innych dziedzinach medycyny, królują standardy. Mamy dokładne wskazania, jak leczyć miażdżycę, w jakich przypadkach wszczepiać rozruszniki. Standardy tworzy się na podstawie badań przeprowadzonych na tysiącach chorych, ale jednym z kryteriów jest wiek. Starszych ludzi z reguły nie włącza się do badań, bo są obciążeni ryzykiem. Dlatego kiedy trafia do nas pacjent w podeszłym wieku, nie mamy gotowych wskazań, jak go leczyć - mówi prof. Mariusz Gąsior, wicedyrektor ŚCChS.

- Z jednej strony dzięki postępowi medycyny możemy żyć dłużej. Z drugiej zaś im jesteśmy starsi, tym trudniejsza decyzja, jak i czy w ogóle leczyć, bo można też leczeniem pogorszyć jakość życia - mówi prof. Tomasz Grodzicki, krajowy konsultant w dziedzinie geriatrii. Dlatego leczenie osoby w podeszłym wieku musi być zawsze starannie dobrane.

Ryzykowna decyzja

Oto pan Jerzy - 83 latek po udarze mózgu. Porusza się z najwyższym trudem, pochylony, opierając się o balkonik. Ale mimo zaawansowanej miażdżycy jest bardzo sprawny intelektualnie. W szpitalu ciągle rozwiązuje krzyżówki. Kardiolodzy wykryli u niego krytyczne, czyli bardzo duże zwężenie zastawki aortalnej. Operacja oznaczałaby ogromne ryzyko niedokrwienia mózgu, a nawet śmierci. - Zdecydowaliśmy się, że poszerzymy mu zastawkę metodą mało inwazyjną, używając do tego specjalnego balonu. Nie będzie dzięki temu szybciej chodził, ale za to będzie mógł na dłużej zachować sprawność umysłu - mówi prof. Gąsior.

Pan Stanisław ma 90 lat. Trafił do Zabrza ze szpitala w Chorzowie cztery dni po zawale serca. Miał zatrzymanie krążenia, uratowała go reanimacja. Teraz ma zaburzenia, a w trzech głównych tętnicach zaopatrujących w krew mięsień serca ma zwężenia grożące kolejnym zawałem, być może śmiertelnym w skutkach. Pan Jerzy ma też jednak wielką chęć życia. Ucina sobie pogawędki z lekarzami, żartuje z pielęgniarkami. I ma kochającą rodzinę, która bardzo o niego dba. Taki pacjent, choć bardzo chory, będzie pamiętał, jakie brać leki, a rodzina będzie pilnować, by mu ich nigdy nie zabrakło i przywozić go do nas na kontrolę.

Kardiolodzy nie decydują się na operację, bo tej pan Stanisław mógłby nie przeżyć. Balonikowanie też jest u niego niemożliwe - miażdżyca zniszczyła wszystkie duże naczynia krwionośne w organizmie. - Zdecydowaliśmy się na wszczepienie tzw. kardiowertera defibralatora, czyli niewielkiego urządzenia, które wszczepione pod obojczyk usuwa groźne dla życia zaburzenia rytmu serca - mówi prof. Gąsior.

Właściwie osobom w wieku pana Stanisława takich aparatów już się nie wszczepia. Dlaczego kardiolodzy zdecydowali inaczej. Prof. Gąsior: - Zdecydowaliśmy z powodu wigoru i kochającej rodziny. Te dwie rzeczy sprawiają, że nasze leczenie daje mu szansę na przedłużenie życia.

Zamiast pomóc, można zaszkodzić

Bywa też jednak, że próby leczenia nie dają żadnych korzyści. Prof. Franciszek Kokot, jeden z najwybitniejszych polskich internistów, nefrolog i endokrynolog opowiada o swoim przyjacielu, który w sędziwym już wieku przeszedł operację wszczepienia endoprotezy. Po operacji przestał chodzić. - Mówiąc najprościej, jego kości po tym zabiegu już się nie wygoiły. Nie zawsze da się to przewidzieć, ale musimy liczyć się z tym, że im człowiek starszy, tym jego organizm ma słabsze możliwości regeneracji - mówi profesor, który sam ma dziś 81 lat.

Prof. Tomasz Grodzicki: - W Stanach Zjednoczonych badano pensjonariuszy domów opieki, których - nie zważając na ich podeszły wiek - coraz częściej kieruje się na dializy ze względu na przewlekłą chorobę nerek. Okazało się, że w ciągu pierwszego roku od rozpoczęcia dializ 58 proc. pacjentów po 75. roku życia umiera, a u 29 proc. znacznie pogarsza się ogólny stan zdrowia. Dlaczego? - Dializy to duże obciążenie, co drugi dzień trzeba po kilka godzin spędzać w szpitalu. Dla starszego człowieka to trauma, za każdym razem, gdy trafia do szpitala, czuje się strasznie zagubiony. Cierpi, bo jest w nowym miejscu, bo zapomniał okularów, bo nie ma przy nim znajomych twarzy. To wszystko może przyspieszyć jego odejście. Dlatego autorzy badania sugerują, by w takim wypadku zrezygnować z dializ i poprzestać na leczeniu zachowawczym - odpowiada prof. Grodzicki.

To pacjent powinien decydować

W Kanadzie i USA głośno jest dziś jednak o dyskryminacji ze względu na starszy wiek. Ukuto nawet specjalne określenie: ageizm. Czy 85-latkowie, którym powie się, że dializy to już nie dla nich, nie poczują się właśnie dyskryminowani? Prof. Grodzicki: - Chodzi o to, by przedstawić pacjentowi ryzyko związane z leczeniem. A potem wysłuchać jego woli. To pacjent powinien decydować.

Profesor mówi o własnym doświadczeniu: - Niedawno zmarł mój ojciec, miał 85 lat. Jesienią zeszłego roku dowiedział się, że ma raka. Zdecydowanie odmówił operacji i leczenia. Nie chciał szpitala, bólu. Uszanowaliśmy w pełni jego wolę. Żył z chorobą pół roku, ale spędził je w domu, wśród swoich bliskich.

Prof. Kornel Gibiński, nestor śląskich lekarzy, wybitny internista, lat 96. Już dawno przestrzegał swoich młodszych kolegów, by nie zachłystywali się możliwościami nowoczesnej medycyny. - Przez wieki nieśliśmy pomoc cierpiącym. Gdy zaczęliśmy poznawać, czym jest życie, zamarzyliśmy, by je jak najdłużej utrzymać. Zaczęliśmy walczyć ze śmiercią, a zapomnieliśmy o cierpieniu. Ulżyć człowiekowi cierpiącemu - na tym powinniśmy się skupić. Ludzie nie chcą cierpieć, pragną tylko te swoje 60, 80 czy 90 lat przeżyć zdrowo. W ciągu 64 lat mojej pracy nie przyszedł do mnie żaden pacjent z prośbą, żeby mu dać sto lat życia. Słyszałem za to, że temu dokucza bezsenność, ten cierpi na biegunki, tamten ma gorączkę, bóle itd. Niech lekarze słuchają swoich starszych pacjentów. To ludzie cierpiący, którzy nas proszą o pomoc. W żadnym wypadku nie chcą, żebyśmy ich chronili od śmierci. Dlatego my, lekarze, powinniśmy wrócić do korzeni - nieść pomoc w cierpieniu i przestać się bać, że nam pacjent umrze. Śmierć pacjenta nie jest porażką. To rzecz naturalna, z którą i chory, i leczący muszą się liczyć. Nie ma mowy o życiu bez śmierci.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1