Nie ma komu się zająć dziadkami

Anna Twardowska
2011-06-14, ostatnia aktualizacja 2011-06-14 13:22

Rodzina nie wstydzi się przywieźć chorego do szpitala, nie zostawić do siebie numeru kontaktowego, a potem go nie odebrać. Nie otwierają drzwi, gdy karetka zawozi wypisanego do domu. Ale oddanie bliskiego do domu pomocy społecznej nie wchodzi w grę, bo co powiedzą inni

Jest więc już tylko jeden pewny element - starość, uwięzienie w ciele próchniejącym i rzężącym, które uruchamia realność śmierci
Jest więc już tylko jeden pewny element - starość, uwięzienie w ciele...
ZOBACZ TAKŻE
Wielospecjalistyczny Szpital Miejski w Bydgoszczy. Oddział Chorób Wewnętrznych i Nefrologii jest świeżo po remoncie. Korytarze w słonecznych barwach, wielkie donice z kwiatami, obrazy na ścianach. Ładnie. Sale jedno - i dwuosobowe, każda z własną łazienką, niektóre z telewizorami. Miejsc niewiele, dwadzieścia pięć, w tym dziesięć dla rehabilitacji kardiologicznej. Ludzie starsi lubią się tutaj leczyć, bo cicho i kameralnie.

A gdzie rodzina?

- Średnia wieku to ponad 70 lat. Trochę zaniżają ją osoby bezdomne, bo są zwykle młodsze od reszty pacjentów - mówi Włodzimierz Rajewski, ordynator oddziału chorób wewnętrznych i nefrologii.

Jego oddział co miesiąc wydaje około 30-procent więcej, niż powinien. Zadłuża szpital. Ale słuchając historii opowiadanych przez lekarzy, trudno się dziwić. Na internie nie tylko się leczy. Tutaj trafiają osoby, którymi nie chce się zająć rodzina, są samotni, nie mają pieniędzy na profesjonalną opiekę w domu.

Kłamstwa, żeby pozbyć się „kłopotu” są na porządku dziennym. - Rodzina przywozi pacjenta: wyniszczony, z odleżynami, przykurczami kończyn. Jest odwodniony, nie chce jeść. Widać, że bardzo zaniedbany. Jego najbliżsi utrzymują, że do wczoraj jeszcze chodził, apetyt mu dopisywał - sam jadł i oczywiście pił dużo wody, a jak nie chciał, to go karmili i poili. Przyjmujemy go na oddział. Rodzina przestaje się pojawiać, nie zostawia kontaktu do siebie. Gdy stan chorego się ustabilizuje, musimy szukać dla niego miejsca w domu pomocy społecznej lub w oddziałach dla przewlekle chorych, które zwykle są przepełnione i trudno tam się dostać - mówi ordynator Rajewski.

Siedemdziesięciolatek po udarze mózgu, z porażeniem i z zapaleniem płuc. Lekarze potrzebują tygodnia na jego ustabilizowanie. Udaje się, ale rodzina nie chce go zabrać do domu. Nie mają warunków. Każdy pracuje i nie może zająć się ojcem - tłumaczą.

Bywa i tak: dzieci i wnuki wyjechały za granicę. „Dziadkami” zajmują się sąsiedzi, zwykle w podobnym wieku, też schorowani. Gdy ich zdrowie zaczyna szwankować, wymagają całodobowej opieki, sąsiedzi przywożą ich do szpitala. Przychodzą, dopytują się o stan zdrowia, a dzieci zwykle nawet nie zadzwonią, bo tak wygodniej. Chorzy leżą i patrzą w sufit, bo motywacji do zdrowienia nie ma. Nie mają do czego wracać, popłakują z samotności.

Na internie rozgrywają się dramaty ludzkie i moralne dylematy lekarzy. Bo co zrobić w sytuacji, gdy schorowany 90-latek przywozi do szpitala żonę w tym samym wieku, z rozsianym nowotworem, odwodnioną? On ma wyznaczony termin operacji. Do tej pory sam zajmował się chorą, teraz musi pójść do szpitala i nie ma jej z kim zostawić. - Po ustabilizowaniu stanu pacjentki, dzwonimy do hospicjum, które jest w budynku obok szpitala. Chora wymaga opieki paliatywnej. Na szczęście w hospicjum było miejsce, zgodzili się ją przyjąć. Starszy pan na wózku inwalidzkim wiezie żonę do budynku obok. Serce boli, gdy się na to patrzy - mówią lekarze. I pytają: - Gdzie ich rodzina?

Szpital karmi i pielęgnuje

Śniadanie, obiad, kolacja. Podane w wyznaczonych porach. Dla osób samotnych czy bezdomnych, to duży luksus. Lekarze żartują, że stali bywalcy już mają rankingi najlepszych szpitalnych kuchni w mieście.

- Można ironizować, dowcipkować, ale prawda jest okrutna. Wielu naszych pacjentów cierpi na niedożywienie, są wyniszczeni czasami przez choroby, ale niestety coraz częściej przez brak odpowiedniej opieki ze strony rodziny. Emerytura niewystarczająca, renta za mała, brakuje na podstawowe potrzeby, często na leki - mówi Rajewski.

Ci żyjący na ulicy o ciepłym posiłku dawno zapomnieli. Do organizacji zajmujących się dożywianiem rzadko chodzą. Żebrzą, ale zebrane pieniądze wydają raczej na alkohol. Ostatnio na oddział trafił mężczyzna, który miał ponad 8 promili alkoholu we krwi. - Co dziesiąty przyjęty pacjent jest zatruty alkoholem - mówią lekarze.

Niektórzy po wytrzeźwieniu uciekają ze szpitala, często ze wstydu, ale zazwyczaj, żeby się ponownie napić, inni są tak schorowani, że prosto ze szpitalnego łóżka trafiają do domu opieki społecznej. Oczywiście pod warunkiem, że znajdzie się dla nich miejsce. Czasami czekają na nie tygodniami. Oczywiście w szpitalu.

Oddział wewnętrzny dla jednych jest schronieniem, dla innych okazją do kradzieży. Trudno w to uwierzyć, ale łupem pada darmowa woda. Dystrybutor stoi w aneksie kuchennym. Odwiedzający pacjentów przychodzą do szpitala z butelkami, napełniają i zabierają do domu. Korzystają też z dostępnej bez ograniczeń kawy i herbaty.

- Przy moim gabinecie jest telefon. Słyszę, jak chorzy opowiadają rodzinom, że w toaletach jest papier toaletowy, a w pokojach prysznic, mydło, telewizor. Dla wielu to luksus, którego nie mają w domu - opowiada doktor Rajewski.

Z pieluch w pieluchy

Lekarze mówią, że gdy choruje dziecko, to chora jest cała rodzina. Pani Magda twierdzi, że jej rodzina zaczęła chorować, gdy to tata przeszedł wylew. - Mieszkamy kilkadziesiąt kilometrów od Bydgoszczy. Razem z mężem pracujemy. Córka musiała zostać w domu, bo nie miał kto się zająć dziadkiem. To tragedia dla niej, bo jest młoda i powinna zdobywać doświadczenie zawodowe, ale opiekunka na wieś nie przyjedzie, bo za daleko. Sąsiedzi starsi, sami ledwo sobie radzą - mówi kobieta.

Ojciec po wylewie jest częściowo sparaliżowany. Bywa, że załatwi się do łóżka. Do tego choroba zmieniła jego charakter. Stał się złośliwy, dokucza najbliższym. Kiedy na obiad nie dostanie zamówionego dania, grozi, że się zabije. - Trzy lata opiekowałam się mamą. Była chora na raka. Ale ona w porównaniu z tatą to był anioł. Czasami już naprawdę mamy dość, wszyscy. Oddech łapiemy, kiedy tata trafia do szpitala. Choruje na nadciśnienie. Wiem, że brzmi to okrutnie, ale czuję się wtedy tak lekko - relacjonuje pani Magda.

Przed jej rodziną trudna decyzja. Córka zaczyna szukać pracy, chce mieć własne pieniądze, usamodzielnić się. Wkrótce trzeba będzie zdecydować, co zrobić ze schorowanym ojcem. - Na wsi nie ma żadnego domu dziennego pobytu. Samochodu nie mamy, więc ojca nigdzie nie dowieziemy. Zresztą takie instytucje w miastach są obłożone i mamy małe szanse, żeby się tam dostać. Może oddać ojca do całodobowego DPS? - zastanawiałam się nad takim rozwiązaniem, ale obgadaliby mnie na tej naszej wiosce, że wyrodna córka jestem. A ja mam teraz poważny problem. Pewnie będę musiała zrezygnować z pracy. Boję się tego. Starzeję się i powinnam pracować, bo nigdy nie wyrobię sobie emerytury. Najpierw człowiek był w pieluchach, potem na wychowawczym, kilka lat spokoju i znowu wracamy do pieluch - mówi rozżalona kobieta. - Pięćdziesiątka na karku i raptem siedemnaście lat pracy.

Interna zamiast opieki społecznej

Dyskusja na ten temat ostatnio przetoczyła się w jednym z pism medycznych. Brał w niej udział m.in. prof. Jacek Manitius, prezes Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego. - Oddziały wewnętrzne zastępują niewydolną opiekę społeczną. Wielu naszych pacjentów zamiast zostać w domach, idzie do szpitala, bo nie ma pielęgniarek środowiskowych, rehabilitantów, którzy mogliby się nimi zająć w ich domach. Na pewno byłoby to tańsze rozwiązanie niż leczenie szpitalne - mówi. - Należy też wprowadzić podział kompetencji. Interna nie może zastępować roli placówek opiekuńczo - leczniczych czy hospicjów.

Rozwiązania w opiece medycznej to jedno. Drugie to mentalność. Zdaniem prof. Manitiusa nasze społeczeństwo jest bardzo obłudne: - Rodzina nie wstydzi się przywieźć chorego do szpitala, nie zostawić do siebie numeru kontaktowego, a potem go nie odebrać. Nie otwierają drzwi, gdy karetka zawozi wypisanego do domu. Ale oddanie babci czy dziadka do domu pomocy społecznej wydaje się dwuznaczne, bo co powiedzą inni? Otóż inni są mało istotni. Najważniejsze to znaleźć takie rozwiązanie, które będzie komfortowe dla obu stron: seniora i jego najbliższych.

Wielu lekarzy uważa, że obłożenie oddziałów internistycznych byłoby mniejsze, gdyby osoby cierpiące z powodu chorób przewlekłych były dobrze prowadzone przez lekarzy rodzinnych. Towarzystwo Internistów Polskich postuluje, aby do podstawowej opieki nad chorymi włączyć internistów i pediatrów, którzy by nadzorowali i radzili lekarzom podstawowej opieki zdrowotnej. Dzięki temu pacjenci nie musieliby wędrować do różnych specjalistów, miesiącami czekać na wizyty. Opieka podstawowa byłaby pogłębiona, kompleksowa, a oddziały internistyczne mniej obłożone źle leczonymi chorymi, z których powikłania zrobiły kaleki.

Ze stanowiskiem TIP zgadza się ordynator oddziału chorób wewnętrznych i nefrologii bydgoskiego szpitala miejskiego.

Dr Rajewski: Dzisiaj lekarze zajmują się leczeniem pojedynczych narządów, a nie całego człowieka. Patrzą przez pryzmat serca, nerek, wątroby, nie widząc pacjenta. Skupiają się na badaniu i leczeniu jednego organu, nie zauważając, że przyczyną choroby tego narządu jest dysfunkcja innego. Na oddział przyjmujemy chorych z powikłaniami, bo lekarz nie poświęcił im czasu, zapisał leki, nie sprawdzając, co pacjent już zażywa. I chory przyjmował kilka takich samych specyfików, tylko pod innymi nazwami handlowymi.

Bywają i takie sytuacje: trafia do mnie chory z zaawansowanym guzem nerki, wyczuwalnym przez powłoki brzuszne. Trzeba go usunąć. Tymczasem pacjent mówi, że niedawno był u lekarza, miał zrobione USG pęcherza i wszystko było w porządku. Problem w tym, że lekarz zbadał tylko pęcherz, nerek już nie. Nie zebrał wywiadu, nie zbadał dokładnie chorego. Ten człowiek jest już po operacji. Podobnych przypadków jest niestety wiele.

Od starości nie uciekniemy. Żyjemy coraz dłużej i coraz więcej z nas będzie chorować. Ale jeśli poziom opieki podstawowej zostanie podniesiony, lekarze rodzinni będą planować harmonogram badań i wymagać od pacjentów, aby je wykonywali, wówczas dłużej zachowamy sprawność i mniej będzie dramatów na szpitalnych oddziałach.

Źródło: Wysokie Obcasy
Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1