Mój bliski ma depresję. Co robić?

Rozmawiała Anna Twardowska
2011-05-20, ostatnia aktualizacja 2011-05-18 16:09

Rodzina czy przyjaciele nie są od leczenia. To zostawmy psychiatrom i psychoterapeutom. Bliscy są od tego, żeby pozwolić się choremu wygadać. I być blisko

Maria Kiryło, psychoterapeutka
Fot. Krzysztof Szatkowski / Agencja Gazeta
Maria Kiryło, psychoterapeutka
Anna Twardowska: Wielu ludziom wciąż trudno uwierzyć, że depresja to ciężka choroba.

Maria Kiryło: - Bo nie widać jej. Pacjent nie ma gorączki, nie kuleje - więc coś tutaj nie gra. U jednych przebiega łagodniej, u innych dosłownie zwala z nóg. I choć jak każdą chorobę wszyscy przechodzą ją indywidualnie, to ponieważ jest taka „inna”, nie wiemy, jak się do niej ustosunkować.

Chory nie wychodzi z łóżka, a my mu radzimy: "Weź się w garść!"

- "Masz dobre życie, więc musisz przez nie iść z pieśnią na ustach"... Łatwiej nam zrozumieć depresję, która pojawia się po stracie, czyjejś śmierci, ale taka znikąd? To nie mieści się w głowie. Dlatego najbliżsi zwykle starają się pomóc, zagrzewając do walki, tak jak pani zauważyła. To niestety nie zadziała. Pacjent po prostu nie ma siły, żeby się wydźwignąć.

To co robić?

- Przede wszystkim należy zachęcać chorego, by poszedł do lekarza. Depresja sama nie minie. Poza tym trzeba rozmawiać, ale nie naciskać, nie pouczać. Pozwolić się choremu wygadać. I nie zaprzeczać, że wszystko jest przecież dobrze, a to on tylko chwilowo widzi świat w czarnych barwach. Trzeba uzmysławiać pacjentowi, że jest chory, dlatego źle się ze sobą czuje. W takich rozmowach trzeba zachować dużą dyplomację, uświadamiać mu jego sytuację, ale nie używać określeń: "przesadzasz", "nie tragizuj".

Trudne, ta choroba nie minie za tydzień lub dwa. Trzeba dużo cierpliwości.

- I empatii. A o to faktycznie trudno. Nawet jak kogoś kochamy, to przecież żyjemy bardzo szybko, wciąż gdzieś biegniemy. Taki pacjent na dłuższą metę jest dla nas zawalidrogą. Wzbudza irytację. W swoim mniemaniu staramy się mu pomóc: popychamy do przodu, mobilizujemy, a on dalej nic. Gdy złamiemy nogę, to ona się zrasta po kilku tygodniach. A tutaj stan zawieszenia przeciąga się i możemy odnieść wrażenie, że dana osoba jest po prostu leniwa. Nie chce się jej brać odpowiedzialności za życie, więc tkwi w depresji.

A skoro prośby i zachęty nie pomogły, zaczynamy krzyczeć...

- To bardzo złe rozwiązanie. Jeśli już naprawdę mamy dość, wygadajmy się przed lekarzem psychiatrą, psychoterapeutą lub przyjacielem, ale nie obarczajmy tym chorego. Poczuje się niezrozumiany i opuszczony. Zamknie się w sobie, a choroba może się jeszcze bardziej pogłębić.

Kiedy tak pani słucham, odnoszę wrażenie, że życie z chorym jest jak stąpanie po cienkim lodzie.

- Nie demonizujmy. Przecież mówimy o kimś bliskim, więc wystarczy być delikatnym, starać się zrozumieć i kochać.

Tylko tyle?

- Aż tyle. Rodzina czy przyjaciele nie są od leczenia. To zostawmy psychiatrom i psychoterapeutom. Dopilnujmy, żeby chory przyjmował leki, chodził na terapię, i przekonujmy, że są to działania, które pozwolą mu wyjść z choroby.

Łatwo mówić... A jeśli grozi, że popełni samobójstwo?

- Z groźbami samobójczymi jest złożona sytuacja. Rodzina często nie chce ich słyszeć, nawet jeśli chory wysyła takie sygnały. Pokutuje błędne przekonanie, że gdy ktoś grozi śmiercią, to się nie zabije. Nieprawda. Kiedy pacjent mówi, że chce z sobą skończyć, nie ironizujmy: "Kup sznurek i się powieś". Tego rodzaju zachęta akurat niestety może zadziałać. Wie pani, kiedy najczęściej chorzy popełniają samobójstwo?

?

- Gdy zaczynają wychodzić z depresji. Biorą leki, nabierają napędu i zabijają się. To paradoks, ale żeby popełnić samobójstwo, trzeba się do niego przygotować i przyłożyć. Gdy chory nie opuszcza łóżka, nie ma na to siły. W ciężkiej depresji, gdy zaczną działać lekarstwa, często bywa tak, że zwiększa się wspomniany napęd, człowiek ma siłę, żeby opuścić łóżko, ale równolegle nie poprawia jego nastrój. Dlatego to moment krytyczny w terapii: chory ma siłę się zniszczyć, ale brak mu jeszcze woli do życia.

Może trzeba go pilnować?

- W takim stanie pacjent powinien być w szpitalu. Nie możemy przecież czuwać przy nim całą dobę.

To prawda, że chory może manipulować swoimi bliskimi? Udawać poprawę?

- Wszystko zależy od relacji, jakie mieliśmy z pacjentem przed chorobą. Jeśli on wie, że jego bliscy są zrozpaczeni, przerażeni jego chorobą, to może przed nimi ukrywać swój prawdziwy stan, żeby nie martwić ukochanych osób. To źle, bo wtedy zostaje sam, zamknięty w swoim kokonie, bez autentycznego wsparcia.

Ale każda choroba zmienia człowieka. Skąd najbliżsi mają wiedzieć, jaki scenariusz przygotuje im depresja?

- Znamy przecież chorego. Wiemy, co na niego działa. Obserwujemy go w chorobie. Jeśli widzimy, że potrzebuje odrobiny samotności, to mu ją dajmy. Z troski nie możemy zadusić go swoją opieką. Owszem, trzeba namawiać, żeby się umył, ubrał, zjadł. Trzeba zachęcać do skutku, ale nie można go w niczym wyręczać. Ma depresję, ale to nie znaczy, że należy za niego żyć. Nie radzę też przeginać w drugą stronę, czyli na siłę wyszukiwać mu zajęcia. Przy ciężkiej postaci depresji naprawdę każda aktywność jest dla pacjenta ogromnym wyzwaniem.

Choroba się przedłuża, nie dajemy już rady... Powinniśmy sami poszukać pomocy?

- Tak. Trzeba to zrobić, żeby nie wyrządzić sobie krzywdy. Zamęczyć się. Naprawdę, żaden wstyd, jeśli przyznamy, że sytuacja nas przerasta. To właśnie osoby, które biorą na siebie bardzo dużo, często popadają w depresję. Nie można więc być non stop takim siłaczem, bo choroba nigdy nie opuści naszego domu. Dzieje się źle? Warto porozmawiać o tym z tymi samymi specjalistami, którzy prowadzą naszego bliskiego. Pomogą sami albo skierują do odpowiednich instytucji.

Maria Kiryło jest psychologiem i psychoterapeutą. Prowadzi prywatny gabinet w Bydgoszczy. Wcześniej przez wiele lat pracowała na oddziale leczenia nerwic i depresji w Komorowie - oddział jest obecnie częścią szpitala w Tworkach.

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1