Jacek Kowalski: Obejrzałem pierwszy odcinek waszej telenoweli i powiem tak: mocne!
Robert Kęder: Prawda? Ale tak miało być. Nie chcieliśmy epatować widza obrazkami z sali operacyjnej, krwią. Chcieliśmy pokazać emocje.
Moment, w którym matka czekająca na przeszczep serca żegna się ze swoim kilkuletnim synem. Nie wie, czy dostanie nowy narząd. Przygotowuje więc chłopaka na swoją śmierć, a on od tego ucieka. Czy naprawdę grają aż tak silne emocje, gdy idzie o transplantację?
- Nawet silniejsze. Zresztą nasz serial to prawdziwe spotkanie z transplantacją, więc i emocje są realne.
Wchodzicie z kamerą na sale szpitalne, wyduszacie z ludzi czekających na nowe serce osobiste wyznania, filmujecie łzy ich najbliższych. Po co nam taka telenowela?
- Odpowiem nie wprost. W 2009 roku zmarło w Polsce około 370 tys. ludzi. W tym samym czasie w kolejce do transplantacji narządów czekało półtora tysiąca. Rok temu te proporcje były podobne. Pojawia się pytanie: skoro tak dużo osób umiera, skoro mamy taki potencjał, jeśli idzie o narządy - to dlaczego ta garstka osób nie jest w stanie doczekać się przeszczepu?
Chcecie budzić sumienia potencjalnych dawców, tak?
- Raczej chcemy pobudzić ludzi do refleksji. I do rozmowy. Prostej, zwykłej rozmowy w rodzinie. Wyobrażam sobie, że jej skutkiem miałby być jeden z dwóch komunikatów przekazanych rodzinie. Albo: wyrażam zgodę na pobranie moich narządów do transplantacji w przypadku śmierci. Albo jestem temu przeciwny. Przy okazji trzeba wtedy dokonać zgłoszenia w rejestrze sprzeciwów. Lekarz koordynator w przypadku śmierci od razu sklasyfikuje mnie - na podstawie rejestru - jako osobę, od której nie wolno pobrać narządów do przeszczepu. A więc tak naprawdę chodzi nam - scenarzystom, reżyserowi - tylko i wyłącznie o to. Żeby ludzie się zdeklarowali.
Wiem, że zajął się pan filmem także z osobistego powodu.
- Tak. Jedenaście lat temu znalazłem się w szpitalu przy ul. Wolskiej z galopującą bilirubiną. Rosła mi ona systematycznie, co powodowało, że przybierałem na twarzy rozmaite odcienie żółci. Po pierwszych poważnych badaniach - rezonans, tomografia - padły trzy słowa: "marskość wątroby" i "transplantacja". W pierwszej chwili nogi się pode mną ugięły. Potem zacząłem się zastanawiać: o ile nie jest mi obce wyrażenie "marskość wątroby", to nic nie wiem o transplantacji. Pomyślałem, że jeśli ja tak mało o tym wiem, to w podobnej sytuacji jest pewnie więcej osób. Nigdy się z tym nie zetknęły i nie wiedzą, że to wcale nie jest tak groźne, jak się wydaje. Że po przeszczepie można normalnie żyć. I wtedy obiecałem sobie, że zrobię coś, żeby ludzi uświadamiać. Dopiero w tym roku udało mi się przekonać telewizyjną "Jedynkę", żeby zaryzykowała pieniądze podatników i zrobiła serial poruszający tak drażliwe kwestie jak śmierć i transplantacja.
To drażliwe tematy. W końcu ktoś może umrzeć wam na wizji. I to będzie prawdziwa, nieudawana przez aktora, śmierć.
- Wie pan: my jako społeczeństwo o śmierci nie lubimy mówić. Gdy się wydarza, towarzyszą jej ogromne emocje. Proszę zauważyć, jak rzadko chodzimy do kina na filmy o podobnej tematyce. Mamy potrzebę uśmiechania się do siebie - i nie ma w tym nic złego. Te tematy - plus dawstwo narządów od osób zmarłych, procedury orzekania o śmierci mózgu - są tabu, zmieniają nastrój rozmowy. My się dopiero uczymy o nich rozmawiać. Myślę, że następne pokolenie będzie bardziej otwarte. Wskaźniki przeszczepów są wprost proporcjonalne do jakości relacji w danym kraju. U nas nie wygląda to najlepiej. Dlatego myślę, że trzeba o tym kręcić filmy.
Ludzie mogą zwyczajnie nie chcieć oglądać serialu dokumentalnego o śmierci. I będzie klapa.
- Jestem o to spokojny. W tym serialu pokazujemy człowieka w skrajnej sytuacji, ale pokazujemy go jako zwycięzcę. Podnosi się z klęczek, ma w sobie nadzieję i ona pozwala mu przejść najgorsze. To udowodnienie tezy, że jesteśmy ludźmi, którzy w ostatecznym rozrachunku potrafią się wspierać, potrafią coś z siebie innym dać. Myślę, że potrzeba bycia dobrym, która tkwi w każdym z nas, jest magnesem, który przyciągnie przed ekrany widza i zachęci go, by śledził losy bohaterów.
Macie jeszcze inne magnesy?
- Jasne! W każdym z odcinków śledzimy perypetie kilku osób czekających na przeszczep. Nie jest łatwo otrzymać nowy narząd. W związku z tym pacjenta i widza spotykać będą rozczarowania - że to marzenie o nowym życiu było tak blisko, a jednak się nie spełniło. Ale też radości, nadzieje - wszystko na żywo. Jesteśmy bardzo blisko naszych aktorów, pokazujemy co myślą, co czują, co mówią przed przeszczepem. A i po nim też.
Pan wie trochę więcej niż ja. Wasi bohaterzy doczekają się operacji?
- Ja tylko po części wiem więcej, bo serial realizujemy na bieżąco. Uzbrojeni w sprzęt i cierpliwość, czekamy razem z pacjentami, solidaryzując się w ich oczekiwaniu na przeszczep. Mam nadzieję, że wspólnie dotrwamy. Nie wiemy, jak będzie. I na tym polega magia tego serialu. Razem czekamy na finał, miejmy nadzieję - szczęśliwy.
Więcej o filmie na www.operacjazycie.tvp.pl
***
*Robert Kęder jest prezesem Polskiej Federacji Pacjentów "Dialtransplant"