Rozmowa z Robertem Beclerem*, anestezjologiem, koordynatorem transplantacyjnym.
Kiedy pan się dowiaduje o tym, że jest potencjalny dawca i że czeka pana rozmowa z rodziną?
Robert Becler *: To jest proces. Lekarze z intensywnej terapii są w stanie rozpoznać pacjentów, którzy umierają. Najpierw jest okres obserwacji umacniający podejrzenie, że zaszła śmierć mózgu, później należy wykonać stosowne, dwukrotnie powtarzane testy. Wynik tych badań jest przedstawiony komisji lekarskiej, która orzeka, że dana osoba jest osobą zmarłą. To trwa co najmniej kilkanaście godzin.
W tym czasie sprawdzacie w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów, czy jest sprzeciw tej osoby wobec pobrania organów?
- Sprawdzamy to dopiero w momencie potwierdzenia przez komisję śmierci mózgowej. Nie można dowolnej osobie, w dowolnym momencie sprawdzać rejestr. Ten ktoś musi nie żyć.
Jakie są kryteria śmierci mózgu?
- Obowiązująca w Polsce koncepcja i całe prawodawstwo mówi o śmierci całego mózgu. Wykonywane są badania sprawdzające to, co nazywamy odruchami pniowymi. Są w stanie potwierdzić, że mózg jest martwy, a to oznacza, że jest martwy człowiek. Jeśli badania kliniczne, proste testy polegające na przykład na świeceniu latarką w oczy czy drażnieniu błony bębenkowej lodowatą solą, nie dają całkowitej pewności, wykonujemy badania dodatkowe. Naczelną rzeczą jest rozpoznanie sytuacji, w której nie można kogoś wyleczyć nie dlatego, że jest śmiertelnie chory, tylko dlatego, że jest nieżywy. Śmierć mózgu orzeka się nie po, by pobierać narządy, tylko po to, by zaprzestać dalszego daremnego, w istocie nieetycznego postępowania terapeutycznego u osoby, która nie żyje. To, że od części zmarłych można rozważać pobieranie narządów, to zupełnie inna sprawa. Sprecyzowana zapisami ustawy transplantacyjnej.
To jest wątek mało zrozumiały dla ludzi i trudny do zaakceptowania: pobieramy narządy od dawców, którym bije serce. Zwłoki to jest przecież takie ciało, w którym nic nie żyje.
- Rozumiem - to intuicyjne. Zwłoki mają być zimne i sztywne... tak sobie to wyobrażamy i takie są przedstawienia śmierci, chociażby w sztuce. Ale jesteśmy równocześnie beneficjentami i ofiarami postępu medycyny. Dawniej człowiek po prostu chorował i umierał. Dziś dzięki postępowi możemy protezować różne funkcje - oddychania, krążenia. Żyją ludzie, którzy mają całkowicie niewydolne nerki, cyklicznie są dializowani. A powinni nie żyć. Żyją ludzie, którzy mają niewydolne serce, bo wszczepiona im pompa może je przez pewien okres wspomagać.
Zapytam inaczej. Czy kiedykolwiek u osoby, u której stwierdzono śmierć mózgu, po odłączeniu od aparatury wróciły funkcje życiowe?
- Nie. Nie ma ani jednego udokumentowanego, opisanego przypadku "zmartwychwstania". Nie znamy takich publikacji. Jest za to ważna publikacja w Neurology z 2010 roku analizująca okres 13 ostatnich lat w USA. Nikt z orzeczoną śmiercią mózgu nie ożył. Taka jest prawda, choć zdarzają się tzw. zespoły odruchów pniowych u zmarłych.
Ciało się rusza?
- Może zginąć nogi, ręce. Może prężyć kończyny.
Może usiąść?
- Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Teoretycznie jest to możliwe.
Kiedy przeprowadził pan pierwszą rozmowę z rodziną o pobraniu narządów?
- W 1996 roku. Pamiętam ją. To była młoda kobieta. Miała astmę i w przebiegu kolejnego napadu doszło do zatrzymania krążenia. Miała uszkodzony mózg przez niedotlenienie i niedokrwienie. Była na oddziale pulmonologicznym od kilku dni. Z całą pewnością nie żyła od co najmniej 48 godzin. I był młody mąż. Z małym dzieckiem w domu. Bardzo mu współczułem.
Co pan czuł, idąc do tego człowieka?
- Lęk. Niepokój. Związany z bardzo trudnymi, skrajnymi emocjami osoby, której umarł ktoś najbliższy, w dramatycznych okolicznościach, w kompletnie niespodziewany sposób...
To trudne rozmowy.