Prof. Krzysztof Zeman: Przez parę lat pracowałem w szpitalu dla biednych dzieci. Napatrzyłem się tam na takie rzeczy, że gdyby ktoś mi o nich opowiedział, to chyba bym nie uwierzył.
Adam Czerwiński: Przecież nie ma specjalnych szpitali dla biednych.
- A jednak. Sto lat temu założyli go łódzcy fabrykanci. W ostatnich latach leczyły się w nim dzieci z enklaw biedy w samym centrum. Ludzie żyją tam w strasznych warunkach: bez łazienek, centralnego ogrzewania, z grzybami na ścianach. Ich dzieci chorują z biedy. Były takie sytuacje, że matka oddawała dziecko do szpitala i z góry mówiła, że nie wykupi lekarstw. Dlatego lepiej, żeby się u nas maluch przeleczył.
Kiedyś trafiła do nas dziewczynka, która miała potężną skoliozę i jeszcze kilka innych chorób. Fajna, bardzo rezolutna, 13 lat miała. Jak ją spytaliśmy o warunki domowe, powiedziała: "No, śpimy w jednym łóżku". Ale kto? - pytamy. "No cała rodzina".
Załatwiliśmy jej operację kręgosłupa w Zakopanem - jedynym ośrodku, który robił takie zabiegi. Trzeba ją tam zwieźć. Matka przyszła i powiedziała, że przeprasza, ale ona nie jest w stanie być - choć jeden dzień - na tyle trzeźwa, żeby zawieźć dziecko do szpitala na drugim końcu Polski.
Mieliśmy też grupkę stałych pacjentów - kilka osób. Zawsze trafiali do nas na święta. I rodzice mówili nam wprost, że przyprowadzają dzieci, żeby się trochę podpasły. Oczywiście nie przyjmowaliśmy do szpitala zdrowych. Oni po prostu byli przewlekle chorzy, tak że zawsze można było znaleźć pretekst do hospitalizacji.
Chyba takie przypadki nie były regułą?
- Niech pan posłucha tego: "W Ośrodku Pediatrycznym im. Korczaka dzieci stanowią bardzo specyficzną grupę, która odzwierciedla obszar łódzkiej biedy. Spośród 300 hospitalizowanych dzieci w chwili przyjęcia podjęcia natychmiastowych działań w celu zapewnienia właściwej higieny wymagało 13 proc., w czasie pobytu 17 proc. miało sporadyczny kontakt lub brak kontaktu z rodziną czy opiekunami, 34 proc. hospitalizowanych pochodziło z rodzin niepełnych, głównie opuszczonych przez jedno lub oboje rodziców; aż 24 proc. ojców badanej grupy nie mieszka z rodziną, zawodowo nie pracuje 38 proc. matek badanej grupy dzieci, aż 34 proc. matek ocenianych dzieci korzysta z pomocy poradni zdrowia psychicznego lub z poradni neurologicznej ".
To fragment pracy magisterskiej, którą trzy lata temu obroniła nasza pielęgniarka. Przeanalizowała 300 historii chorób z naszego oddziału. Nic nie wybierała, wzięła papiery, jak leci, od 1 stycznia. Kurczę, jak się tego słucha, to włosy stają dęba. Ale spojrzeliśmy na oddział i wszystko się zgadzało. 30 proc. pacjentów było chorych z biedy!
Rok temu szpital zamknięto, a pana oddział przeniesiono do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Dalej leczy pan biedne dzieci?
- Oczywiście. Tylko jakby mniej. W całym województwie łódzkim jest 116 tys. dzieci. W takiej masie te biedne giną. Możliwe też, że część do nas nie dociera, bo jesteśmy dla nich za daleko.
Ze starego szpitala to pół godziny autobusem.
- Tylko że kiedy mówiłem matkom, żeby pojechały z dzieckiem te parę przystanków dalej, to się pytały, kto im da na bilet tramwajowy.
Ostatnio mieliśmy na oddziale dziewczynkę. Cały czas była sama, nikt do niej nie przychodził. Dla nas to sygnał alarmowy. Z kilku względów. Bardzo często w takim przypadku jest problem z wypisaniem pacjenta do domu. Po prostu nie ma go kto zabrać. Zaczęliśmy więc szukać matki. Okazało się, że to szwaczka. Pracuje całymi dniami. Wstaje do pracy o piątej rano, wraca wieczorem. Musi sobie radzić, bo sama wychowuje kilkoro dzieci. W rodzinie nie ma alkoholu, ale nie ma też ojca. Matka pracuje, ale grosze zarabia. Czy to patologia? No przecież kobieta się stara, tylko wszystkiego nie może ogarnąć. Na przykład nie pójdzie z dzieckiem na prywatną wizytę do lekarza, bo nie stać jej na to. W publicznej poradni poczeka pół roku. A mówimy o dziewczynce z chorobą przewlekłą. Nieważne, czy to astma, czy padaczka, czy jeszcze coś innego. Ważne, że dziecku trzeba regularnie dawać leki. Takim pacjentom przysługują ulgowe recepty z literką P. Ale i tak trzeba za nie zapłacić. Weźmy taki singular - to popularny lek przeciwastmatyczny. Na ulgową receptę kosztuje 50 zł. Trochę dużo.
I co się dzieje?
- Jeśli dziecko ma astmę albo padaczkę i regularnie bierze leki, to jest święty spokój. Żadnych ataków. Po roku rodzic zapomina, jak kiedyś było źle, i myśli, czyby na lekach nie przyoszczędzić, skoro jest tak dobrze. Przestaje je dawać i nic się nie dzieje. Ale po jakimś czasie dzieciak dostaje takiego ataku, że ląduje w szpitalu. Rozmawiamy z rodzicami i wszystko wychodzi. A nawet jak idą w zaparte, wiemy, jak było naprawdę, wystarczy, że zrobimy badania. No i pytamy, dlaczego tych leków nie dawali, a oni spuszczają głowę i tłumaczą, że były w domu inne potrzeby.
Albo inny przykład - zapalenie płuc, dla pediatry w szpitalu chleb powszedni. Patrzę na oddział i widzę, że kilku pacjentów ma je drugi, trzeci, piąty raz z rzędu. Oczywiście większość jest chora, bo chodzi do przedszkola i równo łapie choróbska od rówieśników. Ale jest taka grupa, która ląduje w szpitalu, bo rodzice nie wykupili recept od lekarza pierwszego kontaktu, gdy to jeszcze było tylko przeziębienie.
Przychodzi do mnie zatroskana samotna matka i pyta, ile będzie musiała wydać na leki. Najważniejszy jest antybiotyk. Widzę, że jak wypiszę dobry za 50 zł, to go nie kupi, wybieram najtańszy. Za 15 zł, nie więcej. I kiedy widzę, że trafiłem w dziesiątkę, bo kobieta mi dziękuje, to rezygnuję już z leków objawowych. Jeszcze paręnaście złotych na tych syropach odpadnie. Mówię wtedy, żeby tylko sok z malin dawać. I z cebuli - też działa.
Często tak pan leczy?
- Na tyle często, że mam opracowane te sposoby. Znajome farmaceutki co rusz mi opowiadają , że stosują podobne patenty. Przychodzi młoda kobieta i mówi: "Nie mam na wykupienie recept". Wtedy pytają, jakie ma leki w domu z poprzedniego leczenia. No i wybierają razem leczenie zastępcze. Zaznaczam, że nie mówimy o skrajnej biedzie, tylko o tej średniej. Takiej, która zmusza do liczenia kosztów.
Prof. Krzysztof Zeman, kierownik Kliniki Pediatrii, Kardiologii Prewencyjnej i Immunologii Wieku Rozwojowego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Były rektor Wojskowej Akademii Medycznej.