Rozmowa z Mariolą Kosowicz*, psychoonkolożką
DOROTA FRONTCZAK: Co się dzieje z człowiekiem, który dowiaduje się, że ma raka?
MARIOLA KOSOWICZ: Myślimy, że rak to wyrok śmierci. I to pomimo wielu kampanii społecznych i dowodów naukowych na to, że w wielu przypadkach można tę chorobę skutecznie leczyć.
Diagnozę przyjmujemy z ogromnym szokiem i niedowierzaniem. To kłębiące się myśli: "Co teraz będzie?". W takich chwilach w jakimś sensie tracimy kontrolę nad wieloma aspektami naszego życia, a to narusza nasze poczucie bezpieczeństwa. Słabość fizyczna, silne, czasami nieznane nam wcześniej uczucie lęku o życie, męczące leczenie i jego skutki uboczne, zmiana w obrazie ciała (np. utrata piersi, jądra, nogi, części twarzy) i wejście w rolę chorego to ogromne wyzwania dla każdego człowieka.
Pojawiają się strach, wściekłość, a nierzadko w konsekwencji depresja. Wtedy potrzebne jest mądre wsparcie z wielu stron, m.in. "pogotowie psychologiczne". Dlatego w większości szpitali są już gabinety psychologów.
Ale w czym wizyta w gabinecie może pomóc?
- Często przynosi ulgę. Ludzie potrzebują rozmowy. Chcą w bezpiecznych warunkach opowiedzieć o swoich lękach, niemocy. Nie potrzebują pocieszania na siłę, ale szacunku dla swoich przeżyć. Nierzadko rozmawiamy o tym, jak mądrze podzielić czas zdrowienia na etapy, aby nie musieć ogarniać wszystkiego naraz. Oczywiście bywa też, że chory lub rodzina oczekują "pigułki szczęścia", ale i to trzeba zrozumieć.
I co pani mówi pacjentom? "Będzie dobrze"?
- Nie mogę powiedzieć, że będzie dobrze, bo nie wiem. Na początku najważniejsze jest, żeby chory i jego rodzina usłyszeli, że ich uczucia są naturalne, że mają do nich prawo. To szczególnie istotne dla pacjentów, którzy przed chorobą byli "tymi nie do zdarcia" i uważali emocje za przejaw słabości.
Chorzy obwiniają się o to, że stają się nieznośni dla otoczenia?
- Wszyscy - zdrowi i chorzy - doświadczamy w życiu sytuacji, które przerastają naszą odporność psychiczną, i czujemy, że nikt nas nie rozumie, że jesteśmy sami, że świat jest obcy i nieprzyjazny.
A ludziom kontakty z osobą doświadczającą kryzysu przeważnie sprawiają trudność. Gdy ktoś znajomy zachoruje, straci dziecko, rozwodzi się, nie wiemy, jak się zachować. Zadzwonić - nie zadzwonić? Zapraszać - nie zapraszać? Rozmawiać czy udawać, że nic się nie dzieje?
I jak się zachować?
- Chory oczekuje normalności. Nie chce być traktowany jak trędowaty ani jak inwalida. Jeszcze przed chwilą był autonomiczną jednostką, sam o wielu sprawach decydował i czuł się partnerem dla otoczenia. Kiedy zachorował, świat stawia go w roli "ofiary". (Oczywiście, są pacjenci, którzy sami wchodzą w tę rolę i w niej trwają, ale tylko niektórzy).
Nie musimy więc niczego na siłę wymyślać, znać odpowiedzi na wszystkie pytania, umieć ulżyć choremu we wszystkich jego przeżyciach. Pozwólmy jemu i sobie na emocje, a także na pewną dozę bezradności. Zamiast się domyślać, czego chory od nas oczekuje, warto go o to zapytać. Dobre rady mają sens, kiedy bierzemy pod uwagę dobro chorego, a nie swoje wyobrażenia, jak być powinno. Złość pacjenta może wynikać z wielu powodów, nierzadko z nierozsądnego zachowania otoczenia.
Bliscy rozczarowują chorego?
- Różnie to bywa. W chorobie przeżywamy wiele niełatwych emocji, robimy bilans dotychczasowego życia i oczekujemy pewnych zachowań od bliskich, nawet jeżeli o nich nie mówimy.
Przychodzi kobieta i mówi: "Powiedziałam mężowi o raku piersi, a on na to: no dobra, ale jutro mam zebranie w pracy".
I ona nie wie, co ma o tym myśleć. Jak rozumieć jego zachowanie? Jest przerażona, pyta, czy on ją zostawia samą z chorobą.