Jak leczymy raka w Polsce

Elżbieta Cichocka
2010-09-08, ostatnia aktualizacja 2010-09-08 12:57

W 2005 r. na całe leczenie onkologiczne NFZ przeznaczył prawie 1,5 mld zł, w 2009 już 3,5 mld. Nakłady muszą rosnąć, bo przybywa drogich leków i samych chorych. Ale jak racjonalizować wydatki, by przynosiły największą korzyść pacjentom?

ZOBACZ TAKŻE

Prosimy o listy. Spróbujmy wspólnie ułożyć antyrakowy poradnik dla zdrowych i chorych - najprawdziwszy, bo osobisty: leczyc@wyborcza.pl



W 2009 r. zachorowało na raka 140 tys. Polaków, zmarło 90 tys., czyli populacja sporego miasta. W ciągu najbliższych 10-15 lat liczba zachorowań się podwoi.

Lek nie dla każdego

O nowotworach złośliwych nauka wie coraz więcej, a im większa jest wiedza, tym bardziej komplikuje się proces leczenia. Onkolodzy mówią, że nie ma jednego raka płuc, jelita grubego czy piersi. Są różne rodzaje nowotworów złośliwych, a każdy z nich wymaga innego leczenia.

Koncerny farmaceutyczne przeznaczają ogromne pieniądze na badania i powstają nowe leki, które są w porównaniu z lekami starej generacji ogromnie drogie. Niektóre są warte tej ceny, inne rozczarowują.

Jak stosować te leki, by nie marnować pieniędzy tam, gdzie nie przyniosą pacjentowi korzyści? Bo do leczenia, np. herceptyną, kwalifikują się tylko niektóre nowotwory piersi, tymczasem pacjentki i ich rodziny sądzą, że skoro jest stosunkowo nowy i drogi lek, to trzeba się starać go dostać.

- Z reguły lek działa korzystnie u 10- 20 proc. chorych, u pozostałych nie przynosi efektu - mówi prof. Maciej Krzakowski, krajowy konsultant ds. onkologii. - Na system ochrony zdrowia wywierane są naciski. Z jednej strony koncerny i pacjenci chcą, by wprowadzić do leczenia najnowsze osiągnięcia farmacji, z drugiej jest doświadczenie lekarzy, które mówi, że nie każda nowinka jest dla każdego. No i jeszcze - bagatela - możliwości finansowe NFZ.

Czego nie widzimy w TV

W jaki sposób nowy lek dostaje się do ubezpieczeniowego systemu zdrowia? Najpierw koncern farmaceutyczny zgłasza się do ministerstwa. Przedstawia skuteczność, bezpieczeństwo i tzw. efektywność kosztową leku. Często jednak firma przedstawia prawdę, ale niecałą. Niemiecka prasa podała niedawno, że firma w raporcie napisała, iż okres bez przerzutów raka jest dwa razy dłuższy po zastosowaniu ich leku, ale pominęła fakt, że czas przeżycia pacjenta jest taki sam z lekiem, jak i bez niego.

Polski pacjent może skorzystać z terapii w ramach ubezpieczenia w trzech przypadkach - jeśli lek znajdzie się na liście leków refundowanych, w katalogu substancji czynnych w chemioterapii albo w programie zdrowotnym.

Lek z listy leków refundowanych ma prawo przepisać każdy lekarz. Leki onkologiczne zwykle na nią nie trafiają - bo do leczenia trzeba specjalistycznej wiedzy. Na listach znajdują się natomiast leki wspomagające przy leczeniu nowotworów (np. konieczne do przyjmowania po chemioterapii i przeciwbólowe).

Katalog substancji czynnych daje onkologom dużą swobodę w stosowaniu leków przeciwnowotworowych, bo mogą zaordynować dowolną substancję z katalogu. NFZ nie płaci oddzielnie za lek, ale za leczenie grup chorych.

Czy leki te są zawsze właściwie stosowane? Choć lekarz ma wiedzę i doświadczenie, często ulega presji rodziny chorego, która oczekuje ratowania życia do końca. I lekarze się tego często podejmują.

Problemów nie ma tak długo, jak oddział szpitalny mieści się w swoim budżecie. Zaczynają się, kiedy drogi lek zaczyna rozkładać budżet szpitala. Wówczas ordynator naciska na NFZ, by podwyższył kontrakt, bo brakuje pieniędzy dla nowych chorych. Widzimy to często w telewizji, a emocjonalny przekaz i obrazek pacjenta, dla którego nie starcza pieniędzy na leczenie, ma wielką siłę rażenia. Tylko że nikt z widzów nie wie, czy szpital, w którym zabrakło pieniędzy w środku roku, miał rzeczywiście za mały kontrakt, czy też przypadkiem nie szafował chemioterapią tam, gdzie i tak nie mogła pomóc.

Terapia niestandardowa

Po to, by nie leczyć na ślepo, licząc, że akurat dana terapia pacjentowi pomoże, opracowuje się dla nowych leków tzw. programy terapeutyczne. Chodzi o to, by precyzyjnie kwalifikować pacjentów do leczenia. Liczy się m.in. ogólny stan zdrowia pacjenta, bo - paradoksalnie - czasem chory z przerzutami musi być we względnie dobrej formie, by kuracja nie zaszkodziła mu bardziej niż jej brak.

Programy opracowuje na prośbę Ministerstwa Zdrowia konsultant krajowy w uzgodnieniu ze środowiskiem onkologów.

Niestety, medycyna to nie matematyka i nie wszystko da się pogrupować. Załóżmy, że na rynek wchodzi nowy lek. Nie ma go jeszcze ani w katalogu, ani w programie, ale w innych krajach jest już stosowany. Lekarz leczący chorego ma przekonanie, że akurat ten lek mógłby pomóc jego pacjentowi. Wtedy może wystąpić z wnioskiem o terapię niestandardową. Taki wniosek musi potwierdzić specjalista wyższej rangi, czyli konsultant wojewódzki. Wniosek idzie do dyrektora wojewódzkiego oddziału NFZ. Chodzi o zapewnienie, że NFZ zwróci koszty zakupu nowego leku. I dyrektor się zgadza lub nie.

Co to znaczy "dodatkowy rok życia"?

Wróćmy do sytuacji, kiedy koncern farmaceutyczny zgłasza do Ministerstwa Zdrowia nowy lek. Ministerstwo samo leku nie ocenia - zwraca się o rekomendację do instytucji doradczej - Agencji Oceny Technologii Medycznych (AOTM). Jej mózgiem jest Rada Konsultacyjna, złożona z dziesięciu profesorów i docentów. Grono, po zapoznaniu się z literaturą i opiniami państwowych agencji w innych krajach, odpowiada, czy warto refundować ten lek. AOTM kieruje się m.in. wskazówkami WHO mówiącymi, że terapia jest "efektywna", jeśli dodatkowy rok życia zdobyty dzięki kuracji nie przekracza trzykrotności PKB na głowę mieszkańca. W Polsce jest to koszt rzędu 100 tys. zł.

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':