Rozmowa z Adamem Fronczakiem*, wiceministrem zdrowia
Bożena Aksamit: Co czwarty przewlekle chory Polak nie stosuje się do zaleceń lekarza lub robi to wybiórczo, co trzeci - nieregularnie łyka pastylki. O czym to świadczy?
Adam Fronczak: Jeżeli pacjent ma zaufanie do lekarza, będzie stosował się do zaleceń. Ale jeśli nie jest przekonany, pójdzie szukać potwierdzenia u kolejnych specjalistów, a co gorsza zacznie kombinować z lekami.
Aby pierwsza najważniejsza wizyta dała jakąkolwiek wiedzę, musi potrwać co najmniej 30 minut. To minimum, żeby lekarz zaopiekował się pacjentem i to nie tylko merytorycznie, powinien jednocześnie dać mu wiarę, że wszystko będzie dobrze.
Bez więzi z chorym o zaufanie będzie trudno. Człowieka nie leczy się tylko zabiegami czy tabletkami, psychika jest bardzo ważnym elementem w trakcie rekonwalescencji. Gdy wierzymy w leczenie, jesteśmy na nie bardziej podatni.
Najważniejszy jest pierwszy kontakt?
- Jak w życiu - albo kogoś zaakceptujemy, albo pojawi się dystans. Spotkanie w gabinecie to nie kawa z przypadkowo poznanym przechodniem, tylko z osobą, która cierpi i przyszła po ratunek.
Na szczęście, gros chorób nie jest śmiertelnych, przy dobrym leczeniu i kontroli stanu zdrowia pacjenci żyją wiele lat. Jednak gdy ktoś przychodzi do lekarza, to w pierwszym momencie nie wie, co z nim będzie - ma plany na jutro, na wakacje, ma rodzinę, zobowiązania i nagle wszystko się rozsypuje. Człowiek boi się o przyszłość.
Dlatego spotkanie z pacjentem nie może polegać tylko na wysłuchaniu i przepisaniu recepty - lekarz powinien porozmawiać, wypytać szczegółowo o objawy i wysłuchać - także wtedy, gdy ludzie mówią językiem adekwatnym do ich wykształcenia, wiedzy czy stanu emocjonalnego.
To ideał.
- Ja w ten sposób pracowałem z pacjentami. Nigdy nie usprawiedliwiałem się, że mam dość, jestem zmęczony, odpuszczam sobie. Zmęczenie przytrafia się każdemu - lekarzom, dziennikarzom, pracownikom ministerstwa. Jednak to nie powód, by źle wykonywać swoją pracę.
Gdy lekarz zajmuje się wyłącznie ostrymi przypadkami i chorzy są w tak ciężkim stanie, że liczy się tylko szybkość i profesjonalizm lekarza, wtedy rozmowa nie jest tak istotna. Jednak gdy ktoś decyduje się zostać specjalistą od chorób przewlekłych, musi nauczyć się rozmawiać. Inaczej jego praca traci sens.
A może pacjenci nie słuchają lekarzy, bo kiedyś ten zawód cieszył się większym prestiżem?
- Nie tylko lekarza. Przed laty wątpienie w wiedzę specjalistów nie miało miejsca, pewnie dlatego, że kontakt z pacjentem był lepszy. Działo się być może tak, bo lekarze byli mniej przepracowani i bardziej dbali o relacje interpersonalne. Stąd większa wiara w stawiane diagnozy i postępowanie terapeutyczne. Innym powodem może być nagłaśnianie błędów w sztuce lekarskiej.
Pana zdaniem lepiej je ukrywać?
- Nie, ale jak w stadzie białych owiec widać czarną, to mówi się zawsze o niej - rzadko zdarza się, że zadowolony pacjent wyśle list do redakcji. Błędy bywają, ale to jest margines, a w niektórych specjalnościach praktycznie ich nie ma. Jednak jedna nagłośniona historia wzbudza ferment i pacjenci zaczynają się zastanawiać, czy ich to nie dotyczy.
W ciągu ostatnich 20 lat nastąpiła totalna zmiana zachowań - przestajemy szanować autorytety, nie tylko lekarskie. Nie chodzi o to, aby padać na kolana, ale bez wiary w kompetencje specjalisty robimy sobie krzywdę.
A może ci specjaliści po prostu nie potrafią wyrazić, o co im chodzi? Gdy szpital w Bydgoszczy przeprowadził ankietę wśród pacjentów, prawie wszyscy napisali, że lekarze nie patrzą na nich w trakcie rozmowy, nie uśmiechają się, mówią niezrozumiałym językiem.
- Zaburzenia komunikacji dotyczą nie tylko lekarzy, duża liczba wykładowców wyższych uczelni uważa, że studenci mają problem z wysławianiem, dobieraniem właściwych słów.