Kolejki - końca nie widać, czyli 9 powodów, dla których biorą się kolejki do leczenia

Judyta Watoła
2010-02-11, ostatnia aktualizacja 2010-02-11 13:37
Kolejka w przychodni Citomed
Kolejka w przychodni Citomed
Fot. Wojciech Kardas / AG

Na leczenie Polaków NFZ wyda w tym roku 54 miliardy złotych. To ponad dwa i pół razy więcej pieniędzy, niż miały do dyspozycji kasy chorych 11 lat temu. Dlaczego więc kolejki nie znikają?

1. Choć na ochronę zdrowia wydajemy dużo więcej niż kiedyś, to wciąż za mało. Kiedy w 1999 r. powstały kasy chorych, ich łączny budżet wynosił 21 mld zł. Dodatkowy miliard dorzucało Ministerstwo Zdrowia na tzw. procedury wysokospecjalistyczne. W tym roku budżet NFZ wyniesie ponad 54 mld zł. Nawet uwzględniając inflację czy podwyżki dla lekarzy i pielęgniarek w ostatnich latach - wzrost wydatków jest znaczący. Wciąż jednak nasze składki na powszechne ubezpieczenie zdrowotne są niższe niż w innych krajach Unii Europejskiej, także tych, które weszły do niej razem z nami (np. Czesi płacą o połowę wyższą składkę niż my).

2. Polacy dłużej żyją, są coraz starsi i częściej potrzebują opieki medycznej. Statystyczna Polka żyje średnio o cztery lata dłużej niż 20 lat temu, statystyczny Polak - o pięć. Średnia długość życia rośnie także dlatego, że mimo wszystko mamy lepszy dostęp do leczenia niż kiedyś. W 1990 r. osoby po 60. roku życia stanowiły 15 proc. społeczeństwa, dziś - już 18 proc. Im jesteśmy starsi, tym częściej potrzebujemy opieki - świadczą o tym choćby kolejki do wszczepienia endoprotezy czy soczewek u chorych z zaćmą. Rzesze pacjentów czekają też na miejsca w zakładach opiekuńczych.

3. Im szerszy dostęp do leczenia, tym więcej chorych z niego korzysta. Lekarze rozszerzają kwalifikacje do leczenia. Przykład: kiedy stacji dializ było niewiele, w ogóle nie kierowano na zabiegi pacjentów chorych na cukrzycę. Dziś większość dializowanych to właśnie diabetycy. - To dobrze, że wszystkie osoby potrzebujące dializ mają do nich dostęp. Powstało wiele prywatnych stacji dializ. Choć strat nie przynoszą, ich szefowie wciąż narzekają na niskie stawki, stwarzając w mediach wrażenie jakiegoś niedoboru i krzywdy wyrządzanej chorym - tłumaczy Andrzej Sośnierz, były prezes NFZ, dziś wiceprzewodniczący sejmowej komisji zdrowia (PiS).

4. Choć według minister zdrowia NFZ wyda w tym roku na leczenie tyle samo, ile w zeszłym, to jednak wyda mniej. Fundusz dostał bowiem więcej zadań: m.in. bardzo kosztowne terapie niezwykle rzadkich chorób. Skutek: kontrakty dla szpitali zostały obcięte w stosunku do zeszłorocznych średnio o kilka procent, dla lekarzy specjalistów - o jedną dziesiątą, dla pracowni diagnostycznych (tomografia, rezonans) - o jedną piątą, a dla dentystów w niektórych oddziałach funduszu - nawet o jedną trzecią. W takiej sytuacji kolejki muszą rosnąć.

5. NFZ szuka oszczędności, utrudniając czasami pacjentom dostęp do leczenia. Przykład z ostatnich tygodni: w tym roku Fundusz zabrał lekarzom rodzinnym prawo do wypisywania skierowań na tomografię komputerową. Mogą na nią kierować tylko specjaliści, co pewnie zmniejszy liczbę skierowań, a tym samym NFZ mniej wyda na te badania (choć jednocześnie będzie musiał zapłacić za dwie wizyty, a nie jedną - patrz punkt 7).

Inny przykład: w zeszłym roku dopiero po serii artykułów w "Gazecie" NFZ wycofał się z pomysłu, by ciężkie postaci nadciśnienia można było leczyć tylko w szpitalach, gdzie na etacie jest dwóch specjalistów z dziedziny hipertensjologii. Wydając takie zarządzenie, prezes NFZ wziął pod uwagę zdanie trzech profesorów związanych z Polskim Towarzystwem Nadciśnienia Tętniczego. Nie wziął jednak pod uwagę, że co roku do szpitali trafiają dziesiątki tysięcy chorych z ciężkim nadciśnieniem, a specjalistów hipertensjologów jest w całym kraju ledwie setka, przy czym w niektórych województwach nie ma ani jednego.

6. Szpitale i poradnie mnożą wizyty, by więcej wycisnąć z NFZ. Śląska Kasa Chorych jako pierwsza w kraju zaczęła podpisywać na szeroką skalę kontrakty z prywatnymi poradniami, a później także niewielkimi szpitalami zajmującymi się względnie prostymi zabiegami chirurgicznymi, np. usunięciem żylaków. Wydawało się, że prywatne lecznice odciążą specjalistyczne szpitale i kliniki. Tak się jednak wcale nie stało. - Z żylaków zrobiono kopalnię chorych. Oczywiście, rzesze pacjentów wreszcie doczekały się leczenia, ale doszło też nowe zjawisko. Zaczęto wycinać żylaki na raty, w odcinkach po kilka centymetrów, żeby dostać pieniądze nie za jeden zabieg, ale za kilka - odpowiada Sośnierz, wtedy szef Śląskiej Kasy.

Inny przykład: Zamiast zlecić pacjentowi wszystkie badania naraz, wysyła się go co wizytę na nowe badanie. Specjaliści tłumaczą, że NFZ płaci im za mało za jedną wizytę, więc chcą sobie to odbić, przyjmując pacjenta kilka razy. Fundusz stara się ukrócić te praktyki i dziś płaci więcej za poradę powiązaną z badaniami.

7. Sami pacjenci mnożą kolejki. Pacjenci, nie mogąc doczekać się wizyty czy zabiegu, zapisują się na leczenie w kilku placówkach naraz. Nikt nie wie, ilu dokładnie ich jest, bo NFZ sprawdza tylko cztery kolejki: na zabiegi wszczepienia endoprotezy stawu kolanowego, stawu biodrowego, operacje zaćmy i balonikowanie (szpitale, które je przeprowadzają muszą wysyłać listy z numerami PESEL chorych). I co się okazuje? Kilkanaście procent pacjentów czekających na endoprotezy zapisało się do kilku kolejek naraz. Rekordzista ze Śląska był aż w siedmiu. Teoretycznie pacjent ma obowiązek zawiadomić szpital, że rezygnuje z zabiegu, bo zrobił go gdzieś indziej. Robi tak jednak niewielu.

8. Są tacy, którym nie zależy na tym, by kolejki skrócić. W europejskich statystykach Polska jest powyżej średniej w liczbie zabiegów diagnozowania i udrażniania naczyń wieńcowych w sercu. Jednocześnie w liczbie zabiegów wykonywanych u chorych z zaburzeniami rytmu serca (np. wszczepianie rozruszników) jesteśmy w ogonie. Chorzy czekają na nie latami, nikt nie liczy, ilu z nich umiera w tym czasie.

Dlaczego kolejki po rozruszniki nie topnieją, chociaż NFZ wyceniał je w ubiegłych latach kilkakrotnie wyżej od balonikowania? Tłumaczy znany śląski kardiolog: - Środowisku kardiologów inwazyjnych zależało na nowych lekarzach, którzy umieją wykonać na przykład balonikowanie, bo dzięki temu ich dziedzina może się rozwijać. Tymczasem wyszkolonych elektrokardiologów umiejących wszczepiać rozruszniki wciąż jest mało, a ich środowisku wcale nie zależy na tym, by ta liczba rosła. Doszło do tego, że ośrodki na Śląsku chcące wyszkolić nowych elektrokardiologów zaczęły wysyłać ich po naukę za granicę, bo miejscowych specjalistów nie mogły się doprosić.

Inny przykład: Weźmy dwa ośrodki chirurgiczne. Pierwszy ma jedną klinikę z ośmioma salami operacyjnymi, drugi ma trzy kliniki, ale sal łącznie też osiem. W ośrodku z trzema klinikami wykonuje się dwa razy więcej operacji. Za to w ośrodku z jedną kliniką każdy, kto czeka na operację, przychodzi przez gabinet owianego sławą ordynatora. Reszty wolimy się nie domyślać...

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1