Izba przyjęć. Noc. Pusto. Mam nadzieję, że zaraz ktoś się mną zajmie, bo coraz bardziej mnie boli, a wcześniej chyba zaczęły odchodzić mi wody.
Pukamy z mężem do drzwi, nikt nie otwiera. Po kilkunastu minutach otwiera kobieta w białym fartuchu. Wchodzę sama, mąż musi zostać na krześle w poczekalni.
- Co się dzieje? - pyta sennie kobieta.
- Chyba odchodzą mi wody i mam skurcze.
- Chyba czy na pewno?
Tłumaczę: - Za tydzień miałam mieć cesarskie cięcie w innym szpitalu. Ale tam trwa jeszcze remont.
- Nie ma miejsc na położniczym, jest łóżko porodowe na porodówce. Nie pasuje? Zawsze może pani jechać rodzić za Wrocław, do Trzebnicy albo do Oławy. To jak?
Dobrze, że był telefon
Próbuję nie panikować. Nie zdążyłam nic zabrać z domu, mam tylko wyniki badań i dokumenty. Nie wiem, co będzie dalej, nie wiem, kogo mogę zapytać, czy poród już się zaczął.
W poczekalni mąż obdzwania wszystkich członków rodziny i przyjaciół. Szuka kogoś, kto ma znajomego lekarza w tym szpitalu. Ale jest środek nocy i nie wszyscy odbierają.
W końcu przychodzi lekarz. Bada mnie krótko na fotelu ginekologicznym. Szepcze z położną, do mnie nic nie mówi. Teraz boję się już na dobre. Pytam, co teraz ze mną będzie? Lekarz odwraca się w drzwiach zdziwiony i patrzy na położną. Ona rzuca do mnie: - A co ma być? Pod prysznic i koszulka nocna!
Mąż cały czas dzwoni. Na szczęście krewny naszego przyjaciela jest lekarzem w tym szpitalu. Nie muszę już iść na porodówkę, nagle znajduje się miejsce w innej sali. - Dobrze, że był telefon w pani sprawie. Przyglądanie się innym rodzącym może być niemiłe - mówi położna.
Kładę się na łóżku, mąż obok. Czekamy. Skurcze są coraz częstsze, ale domyślam się, że to jeszcze nie to. Bo chyba nie zostawiliby mnie tutaj samej.
10 porodów, 10 cięć dziennie
Ból nie pozwala spać, ale jakoś wytrzymuję do rana. Rano słyszę, że zrobią mi cesarkę.
Zabierają mnie do jakiejś sali. Zgiełk, pełno ludzi: lekarze, pielęgniarki, pacjentki, stażyści, ojcowie robiący zdjęcia nowo narodzonym maleństwom.
W boksie obok, na fotelu ginekologicznym, kobieta jęczy, płacze, prosi o znieczulenie. - Właśnie urodziła, ma teraz robione łyżeczkowanie na żywca - mówi położna, przeglądając moje wyniki badań.
Czuję się skrępowana. Odwracam wzrok, choć - gdybym tylko chciała - mogłabym sobie popatrzeć. Podobnie jak panowie, którzy co rusz zaglądają do sali, szukając swoich żon.
- Tu wolno wchodzić?
- Oczywiście, że nie. Ale tu jak na taśmie: 10 porodów, 10 cięć dziennie. Już się nie panuje nad wszystkim - odpowiada położna.
Obok jest sala operacyjna. W czasie cięcia męczą mnie nudności, czuję, że brak mi powietrza. Ale zaraz potem mam zdrowego synka.
Hi, hi. Fajny tusz do rzęs
Na sali pooperacyjnej jest nas pięć po cesarce. W nocy opiekuje się nami jedna pielęgniarka. Zaspana, prawie się nie odzywa. Kontroluje kroplówki, uzupełnia leki znieczulające. O świcie - zmiana. Pokój wypełniają głośnie rozmowy i nieustanny chichot. Po lekach wszystko brzmi, jakby ktoś mówił przez tubę.
Pielęgniarki mają nas umyć i pomóc nam usiąść. Miska, wata, gumowe rękawiczki - podmywają nas po kolei. Leżymy nagie od pasa w dół, a one szczebioczą.
Pielęgniarka1: - Dzwonił do ciebie?
Pielęgniarka2: - Kto?
Pielęgniarka1: - No wiesz. Ha, ha. Hi, hi. Dzwonił?
Pielęgniarka2: - Ha, ha. Hi, hi. Coś ty. A wiesz fajny ten tusz masz. Takie rzęsy wydłużone. Teraz pani może już zęby myć, zaraz podam kubek z wodą.
Pielęgniarka1: - Jadę jednak do tej Chorwacji. Pupa wyżej, proszę się unieść chociaż trochę, nie ruszać się teraz, polałam się, no co pani robi?!
Pacjentka z pierwszego łóżka nieśmiało: - Proszę pani, zalała mi się koszula, o tu z tyłu.
Pielęgniarka1: - To nic. Tragedia żadna. Zaraz was biorą na inny oddział, tam pani zmienią. A w ogóle, to koniec tych wczasów. Do dzieci zaraz jedziecie, karmić!
Tylko nie mówić o boleściach
Na oddziale położniczym nie ma miejsc, ale jest kilka pokoi do wynajęcia. Stówa za dobę. Mam szczęście - jeden się zwolnił, więc nie będę musiała - jak rodzące ze mną matki - dojeżdżać windą z innych oddziałów, żeby nakarmić dziecko.
- Są odpicowane - zachwala pokoje salowa. Rzeczywiście przez moment czuję się jak w serialu "Na dobre i na złe". Czysto, nowe meble, na ścianie lustro (podobno nie ma ich nigdzie na oddziałach położniczych). I - co najważniejsze dla kobiety po porodzie - własna toaleta i kabina prysznicowa. Luksus.
Pielęgniarka mówi, że zaraz ktoś przyjdzie i pomoże mi wziąć prysznic. Nikt nie przychodzi, ale przynajmniej nie muszę stać w kolejce do łazienki.
Obchód. Do pokoju wpada położna: - Pani doktor zaraz tu będzie, rozebrać dziecko do badania.
Właśnie karmię. Położna odrywa mi małego od piersi i kładzie na przebieraku. - Szybciej - syczy.
Wizyta pediatry trwa trzy minuty. Nie zdążyłam zapytać o dziwny kolor skóry synka. Ani o to, jakie zrobili mu badania i jakie będą robić.
Kolejny obchód. - Okno otworzyć! Jaki przeciąg? Nic dziecku nie będzie! Jakieś zabobony z tym przewijaniem! - komentuje pediatra od wejścia.
I jeszcze jedna wizyta. Ginekolog - starszy siwy pan - przez uchylone drzwi pyta: - Wszystko w porządku? Zapisać, że dobrze - rzuca do położnej i nie czekając na odpowiedź, dodaje: - Tylko mi nie mówić o żadnych boleściach. Piersi każdą bolą, brzuchy każdą bolą. Zacisnąć zęby i karmić!
Otwiera drzwi w sali obok: - A u pani? Dobrze jest? Karmi pani? Powiedzieć koleżance, co obok leży, że pani jest dzielna, że żadne piersi nie bolą. Że stwardnienia jakieś? To gruczoły laktacyjne.
Inne matki dały radę
Mały ma żółtaczkę. Pediatra zleca naświetlanie lampami, mam je dostać do pokoju. Tyle że połowa noworodków ma tu żółtaczkę i jest kolejka. Wyznaczają mi naświetlanie na noc.
Położna instruuje: - Dziecko rozebrać, założyć mu na oczy okulary (plastikowe, na gumce, takie jakich używa się w solarium), położyć pod lampami. Ma leżeć trzy godziny. Potem go nakarmić i z powrotem pod aparat.
Nigdy tego nie robiłam. - Mogłaby pani przyjść później i sprawdzić, czy wszystko w porządku? - proszę.
- Nie ma takiej potrzeby. Co to za filozofia? Inne matki dały radę, to i pani da - słyszę.
Późny wieczór. Przywożą mi lampy, część nie działa, ale innego aparatu nie mają. Synek przeraźliwie płacze, nie chce leżeć nagi pod tymi cholernymi lampami. Gumka od okularów wżyna się w główkę, ma już siną pręgę. Martwię się, bo terapia ma sens (jak mi powiedziano), kiedy dziecko jest naświetlane nieprzerwanie kilka godzin. Próbuję go uspokoić, bez szans. Karmię i odkładam pod lampy - znowu wrzask.
Mija czas wyznaczony na terapię. Jest prawie świt. Idę do dyżurki położnych. Są akurat dwie: ta, która mi odmówiła pomocy, i druga - starsza. Młoda wzrusza ramionami. Druga położna się lituje: - To ja już pójdę, zobaczę.
Idzie ze mną do pokoju i próbuje uspokoić mojego synka. Daje mu glukozę, kładzie na brzuszku. - Można podać czopek, który wspomaga terapię, a przy okazji wyciszy maleństwo - tłumaczy. Po jakimś czasie mały się uspokaja.
Następnego dnia dowiaduję się, że znowu dostanę lampy na noc. Druga noc bez snu. - Jak dajecie radę z naświetlaniem? - pytam inne mamy.
Młoda blondynka, rodziła pierwszy raz: - To jakiś koszmar. Po trzeciej nocy z rzędu nie widzę już na oczy. Mąż przychodzi mi pomagać, chociaż to zabronione. Normalnie to położne to robią, wiesz, fachowo, bo to w końcu procedura medyczna. Tylko teraz jest dużo dzieci do naświetlania. Stwierdziły, że nie dadzą rady.
Przyjęcie
Na korytarzu spotykam młodziutką mamę. Tuli płaczące dziecko i sama płacze. Mała poraniła jej sutki. Mówi, że chyba przestanie karmić, bo nie wie, co robić. A położne powiedziały jej, że to histeria.
Idziemy razem zapytać, czy mają może sylikonowe kapturki na piersi albo jakąś maść.
W dyżurce położnych unosi się zapach sałatki jarzynowej i jaj na twardo. Na stole półmiski z wędlinami, jak na imieninach.
Kobiety unoszą wzrok znad talerzy, zdziwione, że ktoś przerywa przyjęcie. "Nie ma kapturków ani maści. Pacjentki same muszą o to zadbać. Wiadomo, jaka jest sytuacja w służbie zdrowia. Wytrzymać do rana, przyjdzie mąż i coś przyniesie z apteki".
Siedzę chwilę z młodą mamą. Próbuję ją pocieszyć. Rano dziewczyna przynosi mi bukiecik kwiatów, bo "tylko ja chciałam jej posłuchać i doradzić, co robić".
Nadal zły wynik bilirubiny (zbyt wysoki jej poziom we krwi to właśnie żółtaczka) u mojego synka. Dzwonię do znajomego lekarza. Jest zdziwiony, że naświetlaniem na szpitalnym oddziale zajmują się same matki, podpowiada, co można podać małemu. Chcę o tym porozmawiać z szefową pediatrów. Nie mam szans, ta nawet się nie zatrzymuje. - Nie będę tłumaczyć wszystkiego, robimy, co należy. Jak pani chce szczegółów, trzeba było studiować medycynę.