Żal mi Neli. A właściwie żal mi dziecka, które od pięciu lat spełnia oczekiwania dorosłych: rodziców, publiczności i – przede wszystkim – całej armii marketingowców, macherów od brandu NELA. Od pięciu lat – być może najważniejszych dla formowania się charakteru i osobowości – dziewczynka tkwi w trybach PR-owskiej maszyny, która rządzi jej czasem, wolą i ciałem. Bezustanne podróże na koniec świata, promocja dwunastu (!) książek, program telewizyjny i radiowy, spotkania autorskie (czasem biletowane), media społecznościowe, wywiady prasowe… Niejeden dorosły nie dałby rady.

Ktoś powie – czy nie o tym marzą dzieciaki na całym świecie? I skąd, do cholery, wiem, że Nela nie lubi swojego życia młodocianej gwiazdki? Jasne. To wszystko domysły. Ale jedno jest pewne – fenomen pod nazwą „Nela mała podróżniczka” jest częścią wielkiego finansowego przedsięwzięcia, za którym stoją dziesiątki ludzi zainteresowanych tym, żeby biznes Nela się kręcił. To długoterminowo zainwestowane pieniądze – koszty promocji, dystrybucji i marketingu, które inwestorom muszą się zwrócić po wielekroć… I – co najważniejsze – UMOWY, których dziewczynka musi dotrzymać (niech zgadnę… z klauzulą kar w przypadku, gdyby grzeczna Nela któregoś dnia odwinęła się i powiedziała: „Basta!”).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej