Jest w tym niebagatelna zasługa ILUSTRACJI, zespawanych z tekstem w jeden sentymentalny pakiet. Dla mojego pokolenia Andersen na zawsze pozostanie syjamskim bratem Szancera – kultowe wydanie „Baśni” miało w PRL-u kilkanaście edycji, a każda po sto tysięcy i więcej egzemplarzy. To oznacza, że niemal wszyscy czytelnicy o podobnej metryce wiedzą, o czym mówię – „szancerowskie” wydanie Andersena, powszechnie dostępne, stało się emblematem całej generacji.

Przy czym eleganckie, szykowne rysunki Szancera znacząco różnią się charakterem od duńskiego kanonu ilustracyjnego, który jest nieporównanie bardziej „plebejski”. Kopenhaski Szancer – starszy o pół wieku – nazywał się Hans Tegner i w swoich ilustracjach podkreślał groteskę i ludowy dowcip Andersena. Ilustracje Tegnera – dosadne, karykaturalne – stały się w Danii punktem odniesienia dla wszystkich późniejszych interpretatorów „Baśni”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej