Filip Springer - reporter, fotograf, autor m.in. "Miedzianki" i "Wanny z kolumnadą", finalista Nike i Nagrody im. Kapuścińskiego

Ostatnio zaczytał się, siedząc w rowerze, w drodze do domu. W księgarniokawiarni kupiliśmy mu „Jedziemy na wycieczkę” Doro Göbel i Petera Knorra. Wsiadł do rowerowej skrzyni i wsiąkł tak, że trudno było go pod domem oderwać. Sam takie uwielbiałem podejrzanie długo - wielkie plansze, na których mnóstwo się dzieje. Można się zagubić w ich opowiadaniu. Bo w jego przypadku na razie tak to wygląda - czyta przez słuchanie tego, co mówimy. To swoją drogą świetne ćwiczenie dla pisarza - patrząc na obrazek, opowiedzieć go tak barwnie, by dziecko chciało zjeść nie tylko ulubione kluski, ale też tego nieszczęsnego pomidora. Tak robimy, on patrzy i je, my mówimy.

Kazik ma dopiero dwa lata. Wielkie fabuły jeszcze przed nim. Czekam na ten moment, gdy będzie już czytał sam, a moja rola sprowadzi się do doradztwa. Robię listę tytułów, które mu podsunę. Dziko bym chciał, żeby mu się spodobały. „Dolina Muminków w listopadzie” na przykład. Dla mnie książka formatywna, korzystałem z niej nawet przy „Miedziance”. A później spróbuję go zarazić Nienackim, Bahdajem, Niziurskim. Tak przynajmniej teraz myślę, choć wcale nie wiem, czy gdy za tych kilka lat do nich zajrzę, nie uznam, że to ramoty. Albo on tak uzna? Przecież tam pewnie nadal są takie słowa jak „belfer” i „serwus”. Młody pomyśli, że zwariowałem... Na razie jedynie mam nadzieję, że w opowieściach o Panu Samochodziku odkryje ten sam zew przygody.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej