Gdy uruchamia się aplikację, na głównym ekranie jest do wyboru kilkanaście seriali, filmów, animacji (trzydzieści lat temu: jedna dobranocka, dwa filmy tygodniowo w lokalnym kinie Bajka). Co mam kliknąć? Może ten film, kiedyś chciałem go obejrzeć. Ale skoro chciałem, będę potrzebował się skupić, czy mam w sobie tyle skupienia? A może serial, ten, hm, polecali na Fejsie? Dylemat osła z bajki Aleksandra Fredry wybierającego między owsem i sianem jest niczym wobec dylematu człowieka wychowanego na dwóch kanałach telewizji, który nagle staje przed ekranem sieci streamingowej. Dopada go syndrom „paraliżu netfliksowego”, bezradność wobec niepojętych możliwości. Też go macie?

Pochodzę z analogowych czasów, kiedy telewizory robiło się z drewna, a kineskopowe ekrany prezentowały dumnie odcienie szarości albo promieniowały kolorem pięknym jak peweksy. Niedawno zwróciłem uwagę, jak kręcono polskie teledyski w latach 80. – tak, aby równie dobrze prezentowały się barwne, jak w czerni i bieli. Telewizja pełniła wówczas funkcję kołchozowej szczekaczki i kościelnej wieży. Niczym wzywani do modlitwy oglądaliśmy seriale w paśmie popołudniowym, zakochani po uszy w Arabelli i zachwyceni technicznym postępem prezentowanym w anime „Ordy”. Przyszłość była pełna robotów i statków kosmicznych. Mieliśmy dużo czasu. Na czytanie i łamanie nóg na budowach. A potem przyszłość nadeszła. Okazało się, że statki kosmiczne możemy jedynie pooglądać, choć teraz w wirtualnej rzeczywistości netfliksowych seriali.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej