...że nie wiemy, dlaczego nie yeti. Przecież jest fajny, Graham Chapman świadkiem. I że chcielibyśmy napisać, że Graham Chapman powinien zostać naszym premierem po najbliższych wyborach, bo przecież ani ten, ani tamten (brr! czyżby trawił nas symetryzm?), ale sobie przypomnieliśmy, że Graham Chapman nie żyje – i to od lat.

...że w takim razie zostaje nam yeti. I w związku z tym postulujemy powołanie Frontu Yetości Narodu, europejsko-atlantycko-himalajskiego, rzecz prosta. Tylko zapomnieliśmy dokładnego adresu i nie wiemy, gdzie yeti mógłby odebrać naglącą depeszę. W ogóle, przyznajmy, strasznie kiepsko u nas ostatnio z pamięcią.

...że – dla przykładu – mieliśmy tu napisać (albo i nie napisać) o paru (chyba zwłaszcza jednej) uciśnionych paraliterackich damach i kilku (chyba zwłaszcza jednym) zabawnych paraliterackich kawalerach, ale gdy przyszło co do czego, okazało się, że zapomnieliśmy – w natłoku wielu smutnych i mniej smutnych wydarzeń, o których wszyscy piszą, więc my nie będziemy – zapomnieliśmy zatem, o co i o kogo chodziło. Widać niektóre nazwiska nijak nie potrafią wryć nam się w pamięć, taki los.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej