"Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek" Filip Zawada, Znak, Kraków

Gdybym miał napisać blurba na okładkę, brzmiałby: „Mikołajek” dla satanistów. Spojrzenie niesfornego dziecka i domorosłego filozofa, kojarzące się z książkami Sempégo i Goscinnego, pada tutaj nie na dostatnie środowisko klasy średniej, ale na wiejski dom dziecka prowadzony przez zakonnice, zwany przez niespełna dziesięcioletniego bohatera i narratora „pałacem naszego Pana” (Ale to nie jest książka antyklerykalna! Żadnych Bernadett!).

„Pan Bóg jest dobry i Szatan jest dobry”, mówi Franciszek do skonsternowanego księdza, mając na myśli przygarniętego za zgodą sióstr czarnego kota o tym imieniu, jedyną stałą w płynnej rzeczywistości, na którą składają się pojawiania się i znikania kolejnych „bękartów” (niemowlaków mających największą szansę na adopcję), zmiany kadrowe wśród opiekunek, absurdalne zabawy (np. w „nic nie śmierdzi” polegająca na udawaniu, że nic nie śmierdzi, np. w rozmowie z właścicielką sklepu, którą należy pochwalić: „W pani sklepie zawsze tak pięknie pachnie kiełbasą!”) i kolejne niestworzone historie opowiadane słuchającym z rozdziawioną buziom kolegom.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej