"Koty" Jules Champfleury, przeł. Krystyna Belaid, słowo/obraz terytoria, Gdańsk

W 1869 r. ukazała się niewielka książeczka, która jej autorowi, krytykowi Jules’owi François Fleury-Hussonowi, ukrywającemu się pod pseudonimem Champfleury, zwolennikowi realizmu, znawcy ceramiki, miłośnikowi folkloru, przyjacielowi Baudelaire’a i Flauberta, miała zapewnić wielki sukces, a jego wydawcy – niemałą fortunę.

Traktat o kotach – na pierwszy rzut oka ramotka, rozrywkowa błahostka, popis erudyty – zdumiewa obsadą. Przy „Kotach” współpracowały nazwiska, które kojarzymy dziś z olimpem malarstwa – Édouard Manet zaprojektował grafikę promującą książkę, w środku znalazły się prace Delacroix czy znanego kociarza, architekta Eugéne’a Viollet-le-Duca, wówczas po prostu znajomych autora! Niebywałe, ile pracy malarskiej i ilustratorskiej ekstraklasy skumulowało się w zapomnianej książeczce, i to jakby od niechcenia. Sam Champfleury został w znacznym stopniu zapomniany mimo imponującego dorobku. Dziełem, które go przeżyło najdłużej, okazał się właśnie koci traktat.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej