Jesienna mgła opada nad Cambridge. Idę ulicą wśród pubów działających nieprzerwanie od średniowiecza i równie starych budynków uniwersyteckich, w których trzeba zapłacić za bilet, żeby choćby dziedziniec obejrzeć. Cała gospodarka zdaje się tutaj kręcić wokół studentów i akademików, mijam sklepy z grami planszowymi, zabawnymi koszulkami, organiczną kawą.

Jakiś rodak głośno do kogoś mówi przez telefon: „Da się żyć w tym Kembrydż, tylko mnie wk...ją ci poje...ni rowerzyści”. Rzeczywiście, ująłbym to może trochę innymi słowami, ale coś w tym jest.

Pieszy musi tu bardzo na siebie uważać. Chodnik nie chodnik, przejście nie przejście, zielone nie zielone z mroku i mgły w każdej chwili może wyskoczyć nieoświetlony rower, którym owinięty szalikiem student będzie pędzić – może na randkę, może na zajęcia, może na sesję gier planszowych.

Uwielbiam w takich warunkach puszczać wodze fantazji. Fantazjuję więc, że należę do garstki szczęśliwców, którzy studiują historię u samej Mary Beard, i idę do niej do domu na konsultacje.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej