Wiedeńskie Kunsthistorisches Museum przeprowadza eksperymenty: zaprasza ludzi ze specyficznym poczuciem estetyki i humoru i pozwala im skomponować własną wystawę. Tym razem padło na Wesa Andersona i jego partnerkę Juman Malouf. Efektem jest „Spitzmaus Mummy in a Coffin and other Treasures” (Mumia ryjówki w trumnie i inne skarby), którą otwarto 6 listopada, a potrwa do końca kwietnia.

Pierwsza z sal to opowieść o kolorze zielonym: przypadkowe spotkanie rosyjskich malachitów, szmaragdowych naczyń, jednego z setek obrazów przedstawiających Salome z głową Jana Chrzciciela, chińskich figur, strusich jaj, spódnic z ptasich piór. Wszystko sprawia wrażenie dobranego ze sobą na podstawie nie tyle koloru, ile czegoś mniej uchwytnego: wspólnego połysku, tembru estetycznego, który na moment spaja wszystko w spójną całość i zaraz przepada.

W innym pokoju zbiegają się losy miniatur: owalnych portrecików, rzymskich popiersi przypominających rozmiarami i kształtem rząd pieczęci, indonezyjskiego modelu kurnika, XVI-wiecznej niemieckiej wykałaczki i XII-wiecznego niemieckiego krucyfiksu.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej