…że ani się obejrzeliśmy, a majaczy już w nieoddali odświętny czas choinki, karpia, bigosu i – ho, ho, ho, ho – „Szklanej pułapki” w Polsacie, który oby nie zawiódł.

...że skoro naprawdę trzeba, to wskażemy, poniekąd wstydliwie, dwa tylko upadki, jak mu tam, ducha, które ujęły nas swym janusowym, śmieszno-żałosnym obliczem, a których jako żywo w swej wyobraźni, nieprzystającej widać do obecnych wspaniałych czasów, nijak się nie spodziewaliśmy.

...że samiśmy, rzecz jasna, nie bez winy i na pociechę wspominamy słowa pewnego nauczyciela, który optymistycznie (?) podnosił, że człowiek hołduje raczej dobru niż złu, ale warunki nie sprzyjają mu (lub coś koło tego).

...że pierwszy dotyczy prozy (lub czegoś koło tego). Oto ledwie parę dni temu Remigiusz Mróz (a któż nie wie, kim jest R. Mróz?) jako n-tą swoją tegoroczną książkę opublikował dzieło niebeletrystyczne pod tytułem „O pisaniu na chłodno”. (Naszym zdaniem wystarczyłoby samo skromne „O pisaniu”, ale o to mniejsza). Niestety, „O-p-n-ch” jeszcze nie czytaliśmy, ale na portalu Lubimyczytać.pl przeczytaliśmy, iż „w tej książce Remigiusz Mróz daje się poznać od dotychczas skrzętnie skrywanej strony”, co zapowiada prawdziwy przełom w dziedzinie nauki tzw. twórczego pisania. A już myśleliśmy, że osiągnęliśmy absolutny szczyt, kiedy w podobnym dziele Katarzyna Bonda zganiła, i to bodaj tego wiecznego nieudacznika Flauberta, za nie dość rajcowną konstrukcję jego, pożal się Boże, powieści.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej