1. Leonard Norman Cohen zaczyna umierać 21 września 1934 roku. To dzień jego przyjścia na świat. Przyszły ukochany pieśniarz samobójców jest Kanadyjczykiem, a ściślej rzecz biorąc: urodzonym w Montrealu Żydem o korzeniach wschodnioeuropejskich (podobno litewsko-polskich). Miał dziadka rabina i tylko dziewięć lat, gdy zmarł jego ojciec – sprzedawca, który lubił w domu śpiewać. Leo też zdziera gardło – przy piosenkach zasłyszanych w radiu. Po latach powie, że dorastał w synagodze. Zbudowali ją jego przodkowie, a on zasiadał w trzecim rzędzie.

2. Płaszcz Burberry i maszyna do pisania – to pierwsze, co kupuje, gdy w latach 60. zjawia się w swingującym Londynie. Wydał już parę książek, zdobył kilka nagród. Pisze smutne wiersze i powieści w stylu bitników. Powracają w nich cierpienie, przemijanie i Bóg. Po śmierci ojca szuka zapomnienia w dziełach Garcii Lorki czy Yeatsa. W wieku 19 lat debiutuje utworem „Szatan w Westmount”. Już wtedy walczy z depresją. Doświadczenie lat spędzonych w synagodze nadaje jego tekstom wymiar duchowy. Teraz mawia jednak raczej: „Katolicyzm, buddyzm, LSD – jestem za wszystkim, co działa”. I wcale nie jest grzeczny.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej