Pisząc o książce Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” (Karakter, Kraków), mam ochotę stworzyć zdanie wielokrotnie złożone, proustowskie, nabrzmiałe od metafor. Zrobić autorowi na przekór: niech będzie barokowo, obficie, kwieciście. Jestem skazana na porażkę, język, tak przeraźliwie prosty, obnaża przed czytelnikiem zarośnięty nadmiarem epitetów rdzeń prozy, szkielet literatury. Wicha nie znosi pretensji, w magiczny sposób przywraca rangę pojedynczemu Słowu. (W „Rzeczach…” wielka litera zawsze pozostaje w domyśle. Na szczęście).

Z tych krótkich zdań ktoś wycisnął cały sok. Wyciśnięty, ze złudzeń na przykład, czuje się czytelnik. Ostało się kilka wspomnień i nostalgia, tu – o dziwo – dziwnie skromna, sucha. Te nieliczne słowa, których autor nie wyrzucił, mają ciężar napisów na grobach; są filtrowane, jakby za zbędne wyrazy miała obowiązywać kara. Strach otwierać usta i czekać na kropki, na ich nagły wybuch. Żadne ostatnie słowo się nie wymsknie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej