Życie recenzenta książek usłane jest rozczarowaniami. Zbyt często kolejną lekturę kwitujemy nieśmiertelnym: „Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca”. Ale czasem trafia się coś, co przypomina o rozkoszy czytania; coś, przez co nie zauważa się przystanku i zarywa noce, a potem tęskni się za bohaterami. Tak wspominamy czytanie „Genialnej przyjaciółki” i kolejnych trzech części neapolitańskiego cyklu Eleny Ferrante.

Stało się tak, bo gdy czytałyśmy o dzieciństwie Eleny i Lili, początkach ich przyjaźni, zazdrości o sukcesy czy mężczyzn, nieustannym wzajemnym przyciąganiu i odpychaniu, w bohaterkach, od których różni nas wiele – ostatecznie nie przyszłyśmy na świat w ubogiej dzielnicy Neapolu w połowie XX w. – odnajdywałyśmy trochę z nas samych. Dla kogo kobieca przyjaźń to tylko spijanie sobie z dzióbków, jak u Ani i Diany z książek Lucy Maud Montgomery, ten niewiele w życiu doświadczył i powinien natychmiast lekturę Ferrante nadrobić.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej