Wojciech Mann, "Artysta. Opowieść o moim ojcu", Znak, Kraków

Michał Nogaś: Dlaczego masz gabinet w schronie?

Wojciech Mann: Dlatego, że od wielu, wielu lat bardzo często pracuję przy muzyce. Mało tego – bywa, że przy bardzo głośnej, co mnie szczęśliwie izoluje od domowników i sąsiadów. Stąd decyzja, by moje biurko znajdowało się na poziomie -1, czyli w piwnicy.

Nie potrafisz pracować w ciszy?

Potrafię. Ale gdy nachodzi mnie chęć, którą nazywam przewietrzeniem głośników, wtedy nie da się mnie powstrzymać.

Muzyka cię nie rozprasza?

Nie. W młodości spierałem się zresztą o to z mamą. Ona uważała, że to niemożliwe, bym mógł porządnie odrobić lekcje, gdy coś mi gra dookoła. A mnie to w ogóle nie przeszkadzało, miałem dość podzielną uwagę. Dziś jest nieco gorzej. Ale gdy jakiś utwór szczególnie mi się podoba, przestaję pracować na chwilę – i po kłopocie.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej