Mordechaj Canin, "Ruiny i zgliszcza", przeł. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza, Warszawa

Stanisław Vincenz na wygnaniu w Szwajcarii wspominał swoje dzieciństwo w ojczyźnie chasydyzmu, nad górnym Czeremoszem w Karpatach Wschodnich. W Jom Kippur – Sądny Dzień – zajrzał w okna rozświetlonej izby, gdzie modlili się Żydzi. Wpatrywał się w starca, przewodnika modlitwy, który wołał, śpiewał przeciągle i łkał. „Jakże bezpiecznie czuje się dziecko – pisał – wyrastające w kraju, którego rok za rokiem strzegą takie modlitwy, nawet jeśli są to modlitwy innej religii. Przez stulecia wznosił się szmer tych modlitw ku niebu – naraz zamilkł. Czy zabrzmi kiedy znowu? I czy brzmiała w nim obca nadzieja czy nasza własna?”.

„Nie widziałam nigdy, by mówił o Żydach inaczej niż ze łzami w oczach” – opowiadała zaprzyjaźniona z nim po wojnie Jeanne Hersch.

Stanisław Vincenz rozpaczający nad światem, który uległ zagładzie, należał do wyjątków. Takie osoby rzadko spotyka Mordechaj Canin, żydowski dziennikarz, który przemierza Polskę w 1947 roku „w warunkach powojennej Polski, kiedy rząd jest komunistyczny, a naród wciąż odurzony nienawiścią do Żydów i zajęty rabowaniem żydowskiej własności”. Spotyka się z obojętnością, niechęcią, odrazą, widzi „te same wrogie twarze ludzi ubranych w żydowskie rzeczy”.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej