Wiesław Myśliwski, "Ucho Igielne", Znak, Kraków

Na każdym spotkaniu autorskim powtarzają się pytania. Pytania zapchajdziury i takie, w których czuć autentyczną ciekawość, pytania wydumane, jakie sama zadać bym mogła, będąc młodą doktorantką, pytania zaskakujące, sprawiające, że człowiek to, co zna, musi podważyć, a czasem nawet na się samą spojrzeć z ukosa, i te banalnie przewidywalne w rodzaju „skąd pani czerpie inspirację?”. Jedno z tych ostatnich nieodmiennie dotyczy także „mojego ulubionego polskiego autora”.

I to pytanie akurat lubię, wręcz na nie czekam, bo mam prywatną zabawę, której się wówczas oddaję, a mianowicie, odpowiadając zawsze tak samo: Wiesław Myśliwski, za każdym razem znajduję inny powód, by swą miłość uzasadnić, miłość nie mniej i nie inaczej, bo to jedyny autor, w odniesieniu do twórczości którego nie waham się użyć tak wzniosłych słów. Co więcej – z czego zwierzam się czytelnikom rozumiejącym prawdziwe uczucia literackie i do kpiny nieskłonnym – od początku miałam na temat autora „Ucha Igielnego” wybujałe fantazje filozoficzno-córczane.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej