Mock. Pojedynek
Marek Krajewski
Znak, Kraków

Czytając dziesiątą powieść z udziałem Eberharda Mocka, mocno się wk…iłem. Albowiem najpierw pojawia się w niej narracyjna rama rozgrywająca się w marcu 1916 r. na froncie I wojny. Potem akcja właściwa cofa nas do jesieni 1905 r., gdy 22-letni Mock jest studentem w Breslau. Na pierwszego trupa trzeba czekać aż do strony 159 (!), zresztą jest to samobójca. Podczas lektury długo się czułem, jakbym czytał nie kryminał, ale „Wspomnienia niebieskiego mundurka”.

W końcu się okazuje, że tematem książki jest plaga pojedynków w środowisku akademickim. Po drugim trupie Mock przechodzi zawodową inicjację wprowadzany w policyjne praktyki przez dawnego glinę, a obecnie prywatnego detektywa Helmuta Eugstera. Między innymi trenuje boks na wiszących w rzeźni wieprzowych półtuszach, prawie jak Rocky Balboa. Tym fizycznym wysiłkom towarzyszy ideologiczne ględzenie, że walcząc ze złem wielkim, trzeba sięgać po zło mniejsze.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej