Sprzedawczyk Paul Beatty, przeł. Piotr Tarczyński, Sonia Draga, Katowice

Wyobraźmy sobie, że Pynchon rodzi się nieco później oraz czarny i postanawia satyrę o ostrzu jak u Swifta przenieść w ekosystem właściwy dla Wu-Tang Clanu. No i właśnie nie trzeba sobie wyobrażać, stało się, jest wydrukowane.

Wierzę (i jestem o to spokojny), że sformułowanie „czarny Pynchon” nie dotrze do Paula Beatty’ego, bo w końcu cały jego wysiłek zmierza m.in. do piętnowania tego typu prostych chwytów, płytkich żurnalowych porównań, generalnie – całej tej umysłowej gnuśności, przez którą zachodnia cywilizacja ma ostatnio takie kłopoty. Co nie zmienia faktu, że Doc Sportello z „Wady ukrytej” ma całkiem sporo wspólnego z „zaklinaczem czarnuchów” z powieści Beatty’ego.

Beatty jednak, i tu zarzucamy łatwe analogie, pisze bardziej w poetyce przywodzącej na myśl stand-up. Takie właśnie wrażenie robi na czytelniku ta proza: jest rozstrzeliwany dowcipem za dowcipem, o ile oczywiście nadąża za wszystkimi zawartymi tu aluzjami.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej