Innymi słowy, podobnie jak w polityce, biznesie i mediach ważna jest nie płeć, lecz kompetencje. Które, oczywiście, nie mają i nie powinny mieć płci, ale... w praktyce jednak niestety mają.

To męska perspektywa jest w literaturze uniwersalna, domyślna, neutralna. Zaczyna się już w książkach dla dzieci. Elena Favilli i Francesca Cavallo, autorki „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, zrobiły eksperyment. Z półki z ponad 500 książkami dla najmłodszych zdjęły wszystkie te, w których nie było żadnych bohaterek, te, w których te bohaterki nic nie mówiły, oraz te, w których ich główną aspiracją było poślubienie księcia. Zostało... niecałe 40.

Istnieje Literatura (tworzona przez mężczyzn dla ludzkości) i jej podgatunek, literatura kobieca, pisana przez kobiety dla kobiet. A jej twórczynie, nawet jeśli zostają przez recenzentów awansowane na przedstawicielki literatury przez duże L, wciąż traktowane są mniej poważnie niż ich koledzy po piórze. Coś o tym wie Siri Hustvedt regularnie pytana, czy powieści pisze za nią mąż Paul Auster.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej