Literacki Nobel dla Boba Dylana wywołał niemałe kontrowersje, mało kto pozostał obojętny na ten wybór. Podobnie mogą wyglądać reakcje na wydaną właśnie w Polsce „powieść” Dylana – „Tarantulę” (Biuro Literackie, Stronie Śląskie). Jej zawartość ciężko nawet nazwać. Można mówić o serii krótkich eksperymentów prozatorskich czy absurdalnych nieopowiadaniach. Żaden termin nie odda jednak tego, z czym mamy do czynienia. Teksty składające się na „Tarantulę” często w ogóle nie pozwalają nawet na znalezienie podmiotu zdania! Nie ulega wątpliwości, że to godna przedstawicielka swojego pokolenia – dziecko lat 60. i ówczesnego podejścia do sztuki, na którą silnie oddziaływały różnej maści psychodeliki.

Wydawać się może, że taki tekst dla współczesnego czytelnika będzie mało strawny. Mimo to znaleźli się odważni, którzy chcieli tę książkę przetłumaczyć i wydać. Trans słowny Dylana wymagał specjalnego potraktowania, bo zbyt zachowawcze podejście mogłoby skończyć się katastrofą. Na szczęście jest odwrotnie, a Filip Łobodziński z utworu niemalże nieprzetłumaczalnego zrobił małe arcydzieło. Tworząc tekst świeży i dowcipny, zachował to, co w stylu Dylana najcenniejsze: rozedrgany, wibrujący język i zupełną anarchię słowną.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej