Park Slope, jedna z najpiękniejszych części Brooklynu. Stojący przy cichej ulicy, gdzieś między Siódmą a Ósmą Aleją, szeregowy dom z fasadą z piaskowca. Wielkie okna od strony wejścia, z tyłu mały ogródek ze stolikiem, przy którym od wiosny do jesieni gospodarze piją kawę i czytają prasę. Piwnica (basement) przerobiona na jego pracownię. Ona pisze na górze, by sobie nie przeszkadzali.

Pisarskie małżeństwo: Siri Hustvedt i Paul Auster. Oboje w znakomitym momencie swojej kariery.

Ona w 2014 r. opublikowała świetnie przyjętą, także w Polsce, powieść „Świat w płomieniach” o artystce Harriet Burden, która przez lata musiała tkwić w cieniu swoich kolegów mężczyzn.

Hustvedt mówiła w „Wysokich Obcasach” w marcu ubiegłego roku: „Każdy z nas zakłada w życiu jakąś maskę. Także moja książkowa Harriet. Gra matkę, żonę znanego człowieka, artystkę, która chciałaby mocniej zaistnieć w świece sztuki. Dotychczasowa pozycja – w cieniu – całkowicie jej nie satysfakcjonuje. Natrafia na rozmaite przeszkody i próbuje je obejść, przymierzając różne maski. Oczywiście jest zbyt inteligentna, by nie zdawać sobie sprawy z tego, jak bardzo wpływają one na jej twórczość i jak zmieniają ją samą. Bo przecież inne maski to inni ludzie. Wszyscy jesteśmy maskami”.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej