1. Książka roku

Powieść
"Zgiełk czasu"
Julian Barnes
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak

Świat Książki, Warszawa

Żadnych wątpliwości nie mieliśmy w jednym przypadku: że to właśnie „Zgiełk czasu” powinien zostać naszą książką roku nr 1. Brytyjczyk Julian Barnes, dziś ponadsiedemdziesięcioletni, przez lata rozpuścił nas swym literackim mistrzostwem. Tylko jego poczucie humoru może przesłaniać fakt, że u podstaw właściwie wszystkich jego powieści – od „Papugi Flauberta” (1984), przez „Arthura i George’a” (2005), po „Poczucie kresu” (2011, Nagroda Bookera) – leży ambicja, by połączyć rzemieślniczą wirtuozerię z tematycznym kalibrem. Zespolić lekkość i ciężar, pisać pięknie i błyskotliwie o sprawach najważniejszych. Ale tym razem chodzi o coś więcej niż literackie mistrzostwo.

Po przeczytaniu „Zgiełku czasu” mieliśmy poczucie, że właśnie ta skromna objętościowo powieść mówi nam coś, o czym potrzebowaliśmy usłyszeć, a o czym mówić potrafi tylko literatura. Coś, co nie mieści się w gromkich publicznych debatach, czego nie da się zakomunikować w postaci chwytliwego sloganu, dzięki czemu nie da się zgromadzić koszyczka lajków na Facebooku (prototypem dzisiejszego hejtera jest w powieści amerykański prześladowca Szostakowicza Nicolas Nabokov). Coś, co idealnie trafia w nasze niepewne czasy, pozwalając zarazem spojrzeć na nie już jakby z zewnątrz, z dystansu.

Głównym bohaterem powieści jest bodaj największy XX-wieczny kompozytor rosyjski Dymitr Szostakowicz, a tematem – jego moralny upadek (a raczej coś, co nazwalibyśmy tak przed lekturą). W trzech epizodach z jego życia widzimy go jako ofiarę stalinowskiego terroru, gdy po oficjalnym potępieniu opery „Powiatowa lady Makbet” przez rok żył w strachu przed aresztowaniem. W roli listka figowego totalitarnego państwa, gdy w 1949 r. został wysłany przez Stalina na międzynarodowy kongres muzyczny do Nowego Jorku. I jako życiowego bankruta, gdy w czasach odwilży Chruszczowa wstąpił do partii i potępił cenionego przez siebie Sołżenicyna.

Barnesa, jak sam przyznaje, zainteresowała kwestia relacji sztuki i władzy. To temat coraz bardziej palący w świecie, w którym historia znów ruszyła z kopyta, wojna na pozalokalną skalę przestała być fantazją z filmów s.f., a europejska wspólnota okazała się nie stabilnym gmachem, ale rozsadzanym od środka kruchym projektem. Fantazje polityków o sterowaniu artystami przestały być zakazane; marzenia o sztuce wykuwającej nowego człowieka – do niedawna uznawane za obsceniczne – są znów wyrażane głośno, jako coś niemal oczywistego.

Jak w tej sytuacji mają się zachować artyści? W Polsce sprzed przełomu uznawaliśmy ich za kogoś więcej niż tylko dostarczycieli duchowych wzruszeń. Mieli być – nawet za najwyższą cenę – strażnikami moralnych wartości w świecie na opak, w którym w imię wartości dokonuje się najpotworniejszych zbrodni; naszym moralnym alibi. To marzenie o biografii niepokalanej przejawia się u nas do dziś w nieustannej lustratorskiej czujności w odniesieniu do czasów stalinowskich; w zarzucaniu złych intencji tym, którzy – jak Miłosz w „Zniewolonym umyśle” – usiłowali spojrzeć na te czasy nie z punktu widzenia wiecznotrwałych wartości, ale subiektywnych przeżyć. Odmówili zabawy w niepokalanych na cudzy koszt.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej